O podkarpaciu

Logowanie

Nie masz jeszcze konta?

Strona główna

Wydarzenia


Lipiec 2017
Nd Pn Wt Śr Cz Pt So
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031

Nowe firmy

Reklama

Ankieta

Jak oceniasz serwis www.podkarpacie.info?

W krainie królów i poetów

  » Strona główna / W krainie królów i poetów


W krainie królów i poetów

 

Nigdzie lipy nie pachną jak tutaj, ani siąpi deszczyk poezji. Są miejsca za- czarowane, małe kosmosy, gdzie z klocków wyobrażni i słów zapomnianych- niczym dzieci z patyków, szkiełek i pudełeczek potrafimy budować światy.

 

W czarnoleskim parku leży ogromny kamień będący niegdyś, jak mówią, ulubitnym miejscem odpoczynku i poetyckiego zadumania mistrza Jana. Powiadają też, że na każdego, kto na nim przysiądzie choć na chwilę, spłynie jakaś cząsteczka twórczej weny, na tyle istotna, by poczuł potrzebę opowiedzenia swojej historii. Przytrafiło się to chyba i mnie.

 

* * *

 

Pomiędzy dwoma ścianami sosnowego boru biegnie droga - wąska asfaltowa

wstążka pomiędzy szczelnymi kurtynami strzegącymi puszczańskich tajemnic.

Tu przecina ona niewielkie obniżenie rozdzielające dwa wyniosłe wzgórza, które tutejsi ludzie zwą górami. Ta z prawej, to Babia Góra. Ponoć jej grzbietem

w mrożny grudniowy dzień spacerowała w otoczeniu dam dworu oczekująca kolejnego potomka „matka Jagiellonów” Elżbieta Rakuszanka, gdy poczuła, że właśnie nadchodzi jej czas. Historia to o tyle wiarygodna, że jeszcze w końcu

XIX w. szczyt Babiej Góry wieńczył prastary kamienny pomnik.

Jest wszakże i inne podanie, które głosi, iż w czasie wielkiego zjazdu do Kozienic dworu Zygmunta Starego fraucymer królowej Bony nie pomieścił się w

skromnym myśliwskim dworze i „baby” rade nierade musiały koczować na pobliskiej górze. Choć historia milczy na temat ewentualnych, płynących z niewygód wymyślań i złorzeczeń, stanowczo zaprzeczam, iżby w jakikolwiek sposób związana była z tym zdarzeniem nazwa sąsiedniej Cholernej Góry. Wiedzie się

ona bowiem, co wiadomo z pewnością, od znajdującego się tu cholerycznego

cmentarza z czasów wielkiej zarazy 1873 r.

 

Stoję na poboczu drogi, w miejscu najwyższym, dominującym nad okolicą

i patrzę przed siebie, niemal wprost w słońce, które także właśnie rozpoczęło swoją wędrówkę. Na horyzoncie prześwietlony słońcem welon mgły spowija

wiślane brzegi, ku którym spływa zieleń pól przetykana o tej porze barwnymi plamami bławatków i maków. A gdzieś, pośród tego morza zieleni budzi się

małe miasteczko- królewskie niegdyś Kozienice.

W ten dobry czas, czas ptasich treli i brzęku pszczół, per pedes ruszam do

Kozienic. Choć okoliczne miejscowości łączy dobra sieć lokalnych dróg, piękno tej ziemi i tajemnice jej historii najlepiej poznawać na piechotę. Być może doceniał je również ostatni rezydujący w Radomiu rosyjski gubernator. Kiedy bowiem w 1906 r. zamarzyło się kozieniczanom jeździć do Radomia automobilem,

ów, przeczytawszy ich korną petycję, „padumał niemnożko” i i odpisał łaskawie, iż „nie nada”…ze względu na bezpieczeństwo ruchu drogowego. Pewnie też lubił piesze wycieczki.

 

A oto i miasto - cicho położone pomiędzy doliną Wisły a rozległą Puszczą

Kozienicką, która nie do końca pozwoliła wypchnąć się poza miejskie rogatki.

Od kiedy, a było to we wtorek po św.Jakubie roku 1429, Władysław Jagiełło

wykupił je od płockich panien norbertanek, pozostawały Kozienice w kolejnych monarszych rękach aż po kres panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Nic więc dziwnego, że liczne konotacje królewskości do dziś żyją w pamięci

ich mieszkańców. Któż nie zna tu legendy o pochodzeniu miasta, wedle której

stanowi ona powtórzenie okrzyku „kozie nic”, jaki mieli wydać dworzanie, gdy

jeden z polujących tu władców (który, tego jeszcze ostatecznie i w sposób zadawalający wszystkich nie ustalono) chybił sarny. Dumną przeszłość potwierdzają też historyczne fakty. Krótko przed grunwaldzką bitwą miejscowi cieśle

pod kierunkiem mistrza Jarosława zbudowali w Kozienicach pływający most

łyżwowy - drewniany pomost leżący w poprzek rzeki na licznych czółnach, co

w swoich kronikach odnotował Jan Długosz, nie ukrywający podziwu dla kunsztu konstruktorów. Gotowy most spławiono Wisłą do Czerwieńska, gdzie

posłużył przeprawie głównych sił litewskich.

Nieopodal Kozienic prowadzi stara śródleśna droga, której przebieg nie zmienił się od stuleci- z ziemi do dziś wystają czasem resztki dębowych bali.

To fragment królewskiego gościńca, łączącego niegdyś Małopolskę z Litwą

i niezmiernie w owych czasach istotnego dla rozwoju miasta. Tędy z Krakowa do Wilna, do ziemi ojców podążali Jagiellonowie, nie omijając Kozienic, które

wraz z Rzeczpospolitą przeżywały wówczas swój złoty wiek.

Stoję pośród starych parkowych drzew. To gdzieś tutaj znajdował się modrzewiowy dwór, w którym wraz z żoną Elżbietą Rakuszanką dzielił radość z powodu narodzenia dziecka król Kazimierz Jagiellończyk. O czym myślał, jaką

przyszłość mu układał? Czy mógł przewidzieć, iż jego piąty syn, póżniejszy Zygmunt Stary da krajowi rządy rozumne i sprawiedliwe, których czas zasłynie

w historii?

„Bądżcie pozdrowione, Kozienice, szczęśliwe miejsce urodzenia Wielkiego

Króla. Nie ma od was na całym świecie sławniejszej miejscowości, Tu urodził się bowiem ojciec Ojczyzny i Swiata ozdoba, dla Marsa zaszczyt wielki, czynami wojennymi wsławiony. Tu urodziły się nam tryumfy nad Tatarami i Wołochami i uzyskane pod takim dowódcą na nieprzyjacielu znakomite trofea. Niech

inne miasta znakomitsze będą bogactwem i pracą twórczą, świątynie ich niechaj

pod wysokie strzelają gwiazdy, Was bardziej wywyższa chwała urodzenia tutaj

tak wielkiego króla niż asyryjskie i babilońskie czyny.” Od razu pragnę wyjaśnić- to nie mnie tak natchnienie poniosło, tylko zacnego renesansowego poetę,

biskupa Andrzeja Krzyskiego. Wiersz ten w łacińskim brzmieniu (przytoczony przekład za: Karol Piaseczki, Puszcza Kozienicka, Warszawa 1985) widnieje

wraz z innymi inskrypcjami na kamiennych płytach stojącego przede mną czworościennego słupa. Już tylko dla jego ujrzenia warto odwiedzić Kozienice.

Choć sam wyraz artystyczny kolumny przedstawia się skromnie, był to prawdopodobnie jeden z najstarszych nienagrobkowych pomników w Polsce. Kiedy powstał? Choć jedna z tablic informuje, że w 1702 r. zrekonstruował go od pod-

staw Hieronim Lubomirski, pierwotna fundacja była znacznie starsza- powstała

prawdopodobnie po 1518 r. Z tego też czasu pochodzą kamienne tablice ze wspomnianymi inskrypcjami składającymi się na bardzo przemyślany program,

nie tylko literacki lecz, a może przede wszystkim, dyplomatyczny i polityczny,

w sposób pełen niuansów odnoszący się do królewskiego majestatu. Istne cacko

dworskiej kultury renesansu.

Sam park pochodzi z bliższych nam czasów. Stare lipy i jesiony pamiętają być może czasy Stanisława Augusta Poniatowskiego, który ponoć własnoręcz-

nie nanosił poprawki na planach budowy nowych Kozienic. Może dłoń wyrafi-

nowanego władcy sadziła też egzotyczne tulipanowce, do dziś roniące w maju

piękne kielichy kwiatów do złudzenia przypominających tulipany? Jego Kró-

lewska Mość dbał bowiem o swoją dziedzinę, każąc m.in. „ogród pałacowy grodzić, żeby w nim więcej świnie nie ryły”.

Szczególna dbałość króla o miasto rozpoczęła się wraz z budową monarszej rezydencji prowadzoną według planu i pod nadzorem Franciszka Placidiego,

w latach 1776-1778. Gdy zaś 25 czerwca 1782 r. Kozienice strawił wielki pożar,

władca postanowił na nowo je odbudować. Zadanie to powierzył swemu archi-

tektowi Janowi Kantemu Fontanie. Opracowana przezeń „Planta Miasta Kozienic Jego Królewskiej Mości tak pogorzłego iako y nowo mającego się budować 1782 R.” (zauważmy to niezwykłe tempo pracy) zakładała powstanie ośrodka wzorowanego na ówczesnych rozwiązaniach urbanistycznych stosowanych we

Francji - zakładających, zgodnie z duchem oświeconego absolutyzmu, podporządkowanie rozplanowania miasta dominującej nad nim siedzibie władcy.

To przestrzenne ucieleśnienie idei monarchizmu oparte było na prostej i szerokiej osi widokowej wiodącej ku pałacowi, zamkniętej drugostronnie bryłą kościoła i ratusza. Po obu stronach alei przewidywano ułożoną w zwarte kwartały

zabudowę - domy mieszczan, oberże. Bardzo interesująco przedstawiała się też wielkość planowanego w obrębie osi widokowej miejskiego placu. Otóż miał on posiadać wymiary - uwaga! – 540 x 175 m czyniące zeń forum bijące na głowę

miejskie place większości europejskich stolic. Posucha w królewskiej kasie oraz wiadomy rozwój dziejowych wypadków spowodowały, iż marzenia o wielkich Kozienicach ziścily się tylko częściowo. A szkoda, gdyż w pełni zrealizowana „planta” uczyniłaby z nich unikalny dziś urbanistyczny zabytek. Z świetnych założeń coś jednak pozostało. Oto przez zieleń drzew przeświecają białe ściany ocalałej oficyny pałacu. Ocalałej, gdyż sam pałac spłonął we wrześniu 1939 r.

 

W budynku miesci się dziś muzeum regionalne. Warto zajrzeć tu na trochę i obejrzeć pamiątki tej ziemi, szczególnie bogato reprezentowane w zakresie dawnej kultury wiejskiej. Zbiory wiekowych uli, narzędzi i wytworów rzemiosła., a także piękna kolekcja rzeźby ludowej, wymownie i obrazowo opowiadają o dawnym życiu mieszkańców Puszczy Kozienickiej.

 

Drepcząc niespiesznie alejkami parku niechybnie botrzemy do pozostałości XIX-wiecznego cmentarzyka. To też kawałek lokalnej historii. W cieniu wiekowych drzew spoczywają tu członkowie pozostającej w carskiej służbie arystokratycznej rodziny Dehnów. Ich kozienicki protoplasta Iwan Dehn otrzymał tutejsze dobra od cara Mikołaja I w roku 1835 za zasługi zupełnie niezgodne z interesem Polaków. W Kozienicach gościł rzadko. Jeździł po całym Imperium i kolejno budowanymi twierdzami utwierdzał władzę i autorytet swego chlebodawcy. A ten odwdzięczyć się potrafił! Kiedyś król pruski goszcząc u Mikołaja spytał swego gospodarza ileż te warownie kosztują. Car po namyśle miał odrzec: „Eto znajet Boh, da Iwan Iwanowicz (oczywiście Dehn). Tegoż Iwana Iwanowicza od początku bytności w Kozienicach irytowało bliskie sąsiedztwo plebanii. Którejś nocy, popiwszy tęgo, kazał przestawić plebanię w inne miejsce. Nie mógł się rano ksiądz dobrodziej nadziwić, że słońce w okno nie zagląda.

 

Jest w kozienickim parku jeszcze jeden cmentarz a właściwie zbiorowa mogiła, świadectwo cierpienia tej ziemi, znak czasów ponurej hitlerowskiej nocy. Pomniki, cmentarze wojenne, samotne mogiły partyzantów, miejsca zadumy nad ojczystym losem. Natkniemy na nie często wędrując puszczańskimi ścieżkami. Jedna z nich doprowadzi nas do Żytkowic. Idąc wzdłuż torów kolejowych zobaczymy z daleka monumentalny, otoczony murem krzyż. U jego stóp zastygły w kamieniu orzeł niezmiennie rozwija skrzydła do lotu. To pomnik mauzoleum żołnierzy Legionów Polskich poległych w pobliskich Laskach, w trakcie kilkudniowej bitwy, jednej z wielu, które zrodziły Niepodległą.

 

Powróćmy jednak do Kozienic, by opuściwszy teren parku przemierzyć miejscowe uliczki, o przepraszam…ulice. Wspomniany Fontana wytyczył je bowiem na swojej „plancie” z rozmachem, szeroko. Złośliwcy i paszkwilanci gadali, że stało się to na skutek pewnego niemiłego zdarzenia, jakim był klincz w dawnej, jeszcze starej uliczce dwóch karoc należących do królewskich faworyt. Wielogodzinny konflikt o pierwszeństwo przejazdu miał ponoć rozstrzygnąć sam król Staś, czyniąc to zresztą po mistrzowsku, a mianowicie polecając, aby młodsza z pań ustąpiła miejsca starszej. Nie trudno zgadnąć, że droga zwolniła się… obustronnie.

 

Zielone błonia dudnią łoskotem kopyt. Rżenie, parskanie, wilgotne chrapy obwąchują moją rękę. Tu, na rozległych łąkach rozpostarła się stadnina koni. Powstała w 1924 r., co nie bez dumy podkreślają pracownicy i mieszkańcy miasta. Od nauki wsiadania po szalony galop, wszystko jest tu w zasięgu ręki, zależnie od twoich umiejętności. Znużony brzemieniem historii leżę na wznak i liczę obłoki. Koń, wierny towarzysz, skubie trawę. Niby to za miastem, a do miasta na dwa strzelania z łuku (jakoś nie mogę uwolnić się od historii).

 

Otwarta przestrzeń przyciąga wzrok. Wśród zbożowych łanów wyrasta widoczna stąd kępa drzew skrywająca drewnianą kapliczkę z pocz. XVIII w. Dalej droga prowadzi nad Wisłę- to jeden z możliwych kierunków okolicznych wycieczek. Krajobraz Powiśla, senny w letnim upale, krajobraz pól i starych sadów z gruszami wysokimi niczym topole, krętych, wysadzanych sękatymi wierzbami dróg wijących się między polami. Dalej Wisła. Szeroko rozlana, toczy swe leniwe wody wzdłuż piaszczystego brzegu. Nadbrzeżne zarośla, wymyte wodą pnie zwalonych drzew, rzeczne łachy, wszystko to tworzy raj dla zwierząt…i zmęczonej ludzkiej duszy. Widok saren, bobrów, lisa, czy wydry nie należy do rzadkości, tym bardziej, że zaznawszy spokoju od ludzi czują się gospodarzami tej ziemi. Podobnie jak ptaki, całe to fruwające, brodzące i pływające towarzystwo, licznymi gatunkami obsiadłe wiślane brzegi.

 

Liczne znakowane szlaki biegnące w przeciwnym zachodnim kierunku zawiodą nas w strony krajobrazowo odmienne, do krainy cienistych lasów Puszczy Kozienickiej. Idę w kierunku odległych o kilka kilometrów Stanisławie. Kwitnące torfowe łąki przecina sieć licznych strumyków dających początek Chartówce, jednej z wielu leśnych rzeczek. A oto i Stanisławie zalożone w II poł. XVIII w., a w nich osobliwość niezwykła- pomnik drzewa. Potężna sosna „choica” rosła tu, na granicy wsi, już w czasach jej lokacji. Stała przy drodze do Kozienic, którą każdy mieszkaniec musiał przemierzyć kiedyś po raz ostatni.

 

Tu zmarły żegnał swą wieś i stąd „choicę” zwano Drzewem Pożegnania. Umieszczona w jej wnętrzu Pasyjka czyniła z niej drzewo świete, może ostatnie takie drzewo w Europie. Być może jeszcze ciekawsze są dalsze losy drzewa. Gdy kilkanaście lat temu sosnę zwaliła wichura, stanisławiczanie postanowili wskrzesić ją w postaci historycznej pamiątki. Stało się to w 1997 r., w 225 rocznicę założenia ich miejscowości.

 

Ze Stanisławic leśnymi drogami zmierzamy do Augustowa, następnej wsi również biorącej swoje miano od imienia ostatniego polskiego króla. W skromnym budynku dawnej leśniczówki miesci się Izba Dydaktyczno Muzealna Puszczy Kozienickiej- powiedziałbym, jej żywy, tętniący puls. Zgromadzone zbiory, są niczym obraz w oku soczewki, które wędrując po leśnych ostępach ukazuje w powiększeniu kwintesencję rzeczy- miejscową przyrodę, historię, tradycje leśnych zawodów. Tuż obok leśniczówki zorganizowano terenową ekspozycję ukazującą dawne i współczesne narzędzia do uprawy i pielęgnacji lasu. Całość otoczenia dopełniają budynki wyłuszczarni nasion- drewniane budowle z 1933 r. unikalne w skali kraju oraz autentyczna barć „dziana” w prastarej lipie. Owa barć to „ostaniec” pradawnej hodowli pszczół w Puszczy Kozienickiej, a zobaczywszy ją nie sposób nie pójść dalej, do Jedlni. Tą stareńką puszczańską osadę, będącą dziś zwyczajną wsią wyróżniającą się ciekawym neobarokowym kościołem i piękną przydrożną kapliczką, zamieszkiwali kiedyś królewscy łowcy i bartnicy. Ci ostatni tworzyli swoistą korporacje zawodową, „prawo obelne” posiadające własnego starostę oraz sąd rozstrzygający sporne sprawy bartników. W Jedlni bywał na łowach Władysław Jagiełło, który w roku 1430 podpisał tu Statuty Jedleńskie, gwarantujące liczne prawa szlachty.

 

Z Augustowa i Jedlni do krainy poetów będzie, przez las, kilkanaście kilometrów. Wysokim borem, cienistymi dąbrowami podążam tam i oto ściele się przede mną kraj rodem z baśni odległego dzieciństwa. Gdzieś tu, pomiędzy leśnymi rzeczkami, wśród polan rozedrganych od przedzierającego się przez konary drzew słońca stała niegdyś na czterech łanach „dobrej i sprawiedliwej lubelskiej miary” Wólka Józefowska- wieś Sebastiana Klonowaci, wybitnego renesansowego poety. Zapewne tutaj powstały „Flis” i „Roxolania”. Wieś ową otrzymał Klonowic, wraz z urzędem wójta wsi Psary, z woli Józefa Wereszczyńskiego będącego opatem klasztoru benedyktynów w pobliskim Sieciechowie. Dzisiaj na części terenów dawnej Wólki Józefowskiej leżą Molendy słynne największą bitwą na ziemi kozienickiej, jaką stoczyli z hitlerowcami partyzanci Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Było to w Wielki Piątek 1944 r.

 

„I przeszła wiosna przez wieś kirem zasłonięta

W koszu trzymała przykryte święcenie

I krzyż dźwigała na swych wątłych piersiach

W Wielki Piątek- na odkupienie”

 

pisała po latach mieszkanka tej ziemi Maria Dziedzicka. W swojej ciekawej książce nazywa ona Molendy „wsią pięciu młynów”. Warto przytoczyć tą historię. Otóż tutejsze, skonfiskowane po powstaniu styczniowym dobra otrzymał za wysługiwanie się Moskalom Hipolit Mickiewicz, nie kto inny, jak stryjeczny brat wieszcza Adama. Mało tego, jak niesie gminna opowieść, w sposób podstępny przejął on powstańczy skarb. Ponoć właśnie za te pieniądze wybudował w Molendach pięć młynów, po jednym dla każdej z córek.

 

Z Molend i pobliskiej Garbatki uroczej drewnianą architekturą typową dla przedwojennego letniska zmierzam wprost do ziemi Kochanowskich, ojczystej dziedziny mistrza Jana. W rozległym, nieco sennym rolniczym krajobrazie, otoczone kępami drzew tkwią wiekowe kościoły, jak drzewa wrośnięte korzeniami w tą ziemię. I jak przed wiekami rozbrzmiewa wśród pól na Anioł Pański dźwięk kościelnej sygnaturki. Starannie, bez pośpiechu przemierzam drogę pełną historii i poezji, a Sycyna, Gródek, Policzna, Sieciechów i Opactwo, to jej milowe kamienie, wiodące nieuchronnie ku temu czarownemu miejscu.

 

W perspektywie parkowej alei rozpościera się dwór. Zaprasza, wciąga do środka. Pomimo, iż nie jest to ów słynny dwór poety lecz późniejszy, wybudowany około 1870 r., panująca w nim atmosfera, wzmocniona sugestywną narracją pani przewodnik, tchnie autentyzmem. Wśród licznych replik, także bezcenne autentyczne pamiątki- drzwi kute żelazne z herbem Korwin i inicjałami J.K. pochodzą z domu poety, podobnie, jak jego wspaniały fotel.

 

Czarnoleski dzban pełen poezji. Któż nie chciałby się z niego napić? Wśród brzęku pszczół zapachu dojrzewającego miodu przemierzam lipowe aleje. Podobno gdzieś leży tu kamień, na którym pan Jan siadywał, by składać słowa, wersy, rymy. Powiadają też, że jeśli na nim spoczniesz, to choć może nie od razu staniesz się poetą, z pewnością opowiesz ludziom drzemiącą w tobie historię.

 

Krzysztof Reczek

Ostatnia modyfikacja: 2007-04-12
Copyright 2003 - 2006 © Podkarpacie.info