
| Nd | Pn | Wt | Śr | Cz | Pt | So |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | 2 | 3 | ||||
| 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
| 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 |
| 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 |
| 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 |
» Strona główna / ODGŁOS STAWIANYCH KROKÓW / ODGŁOS STAWIANYCH... cd.
***
Jak widać nie potrafię usiedzieć na miejscu i w zależności od możliwości i nastroju wybieram różne miejsca mniej lub bardziej odwiedzane przez turystów. Wizytówką woj. Podkarpackiego, oprócz zamku w Łańcucie, w którym byłam jeszcze z wycieczką szkolną, jest zamek w Krasiczynie. Uważany jest za jeden z najpiękniejszych skarbów architektury renesansowo - manierystycznej w Polsce, należy również do najpiękniejszych zamków w Europie.
Został zbudowany na przełomie XVI i XVII wieku przez Stanisława Krasickiego i jego syna Marcina. Jego dwie ściany parawanowe zdobione są piękną ażurową attyką, która przyciąga oczy zwiedzających. W narożach zamek strzegą cztery okrągłe baszty - Boska, Papieska, Królewska i Szlachecka (ich nazwy symbolizują aprobowaną przez fundatorów hierarchię świata, obejmującą doczesność i wieczność), dwie udostępnione do zwiedzania. Przewodnik mówił nam, że z dziedzińca zamkowego, okolonego arkadowymi podcieniami, podziwiać można niezwykle rzadko spotykane przepiękne sgraffitowe dekoracje przedstawiające sceny biblijne, medaliony z popiersiami cesarzy, wizerunki polskich królów oraz sceny myśliwskie. To prawda, tylko widoczność jest słabsza, gdy trwają w tym czasie prace renowacyjne, tak jak wtedy ja byłam. Jednak mimo wszystko zamek robi wrażenie. Posiada piękny ogród i staw a także drzewo, przy którym są kolejki jak za czasów komuny. Dlaczego? Ten stary miłorząb posiada magiczną moc. Trzeba pomyśleć marzenie i obejść go wkoło. Ten przesąd jest tak znany, że w tym miejscu, w obawie o zdrowie drzewa, ustawiono drewniany pomost żeby nie uszkodzić jego korzeni. Oczywiście ja również wirowałam wkoło niego trzymając za rękę moją przyszłość...
Najlepiej udać się tam w letni słoneczny dzień, żeby nic nie zakłóciło spokoju parku. Usiąść nad stawem i zapomnieć o wszystkich problemach szarej rzeczywistości, bo tam się właśnie tak da. Patrząc na uroczy zamek i uśmiechnięte twarze tańczące wkoło miłorzębu, można uwierzyć, że świat jest piękny a ludzie w nim szczęśliwi i pełni wiary.
Dopełnieniem tej jednodniowej wycieczki może być wizyta w Arboretum w Bolestraszycach, położonym 7 km na północny-wschód od Przemyśla. Oczy pracują tam na wysokich obrotach podziwiając kolekcje pięknych chronionych rośli czy drzew. Dla mnie najbardziej urocze miejsce w Arboretum to staw, któremu projektant mody uszył kolorową suknię z lilii wodnych. Nie można oderwać od nich oczu. Polecam na romantyczne spacery.
Oprócz wielu cennych gatunków roślin, drzew czy krzewów w Arboretum od 2002 roku można zobaczyć prace powstałe podczas odbywających się tam co roku Międzynarodowych Plenerów Artystycznych "Wiklina w Arboretum". Dlatego zwiedzając ten ogród otaczały nas rzeźby z wikliny, które wzbogacają aranżację tego miejsca i stanowią dużą atrakcję turystyczną. Często są również formę zabawy, ponieważ zwiedzający zatrzymują się przy nich, unoszą wysoko głowy i zgadują, co mogą przedstawiać.
Arboretum należy do cennych zabytków przyrody i kultury, gdzie jednoczą się historia i czas współczesny. Dwór, w którym w połowie XIX w. mieszkał i tworzył znakomity malarz Piotr Michałowski, i dziewiętnastowieczny fort dawnej twierdzy Przemyśl, otulają malowniczą chustą i zabierają w inny świat. Zaś wiekowe drzewa, pozostałe z dawnych ogrodów zamkowych, stanowią malowniczy kontrast do nowych nasadzeń, kontrast między wczoraj a dziś...
***
Na zakończenie zostawiłam sobie moje ulubione góry Bieszczady. Razem z moim włóczykijem jesteśmy tam minimum raz w roku. Najpiękniejsza jest tam jesień. Tak malownicza, że zapiera dech w piersiach...
Te okolice również przeszły tragiczną historię o czym przypominają zniszczone cmentarze, fundamenty cerkwi, kapliczki, zadrzewienia zarastające miedze pól oraz istniejące tylko z nazwy wioski. W okresie międzywojennym w Bieszczadach było ponad 150 cerkwi. Po wojnie, w czasie akcji „Wisła” i później, niemal wszystkie zostały zniszczone. Pozostały tylko niektóre, między innymi w Równi, Hoszowie, Czarnej, Bystrem, Michniowcu, Smolniku, Chmielu i Łopience.
Bieszczady to jeden z ciekawszych pod względem przyrodniczym region w Polsce. Występuje tam układ pięter roślinnych charakterystycznych wyłącznie dla tego miejsca, dlatego do najważniejszych zadań Parku należy jej ochrona. Brak tu mianowicie dwóch pięter znanych z innych polskich gór – świerkowego regla górnego oraz piętra kosówki, co wynika w dużej mierze ze specyficznych warunków klimatycznych. Las utworzony jest tutaj przez karłowatą buczynę, która na wysokości przeszło 900 m n.p.m. przybiera dziwaczne formy, przez naukowców nazywane buczynami krzywulcowymi. Powyżej są już tylko zarośla z jarzębiny i olszy zielonej. Za to od 1050 m n.p.m. zaczyna się największa, najbardziej charakterystyczna atrakcja przyrodnicza Bieszczad, czyli wysokogórskie łąki nazywane połoninami. Na wysokości 1200-1300 m n.p.m. zalegają rumowiska skalne określane jako gruchoty. Porastają je borówczyska oraz inne murawy alpejskie i porosty, w tym wiele bardzo rzadkich i podjętych szczególną ochroną.
Bieszczadzki Park Narodowy jako jedyny w Polsce chroni jednocześnie duże ssaki kopytne, jak jelenie i żubry, oraz drapieżniki takie jak rysie, wilki czy niedźwiedzie. Często wędrując po górach nad głową możemy zobaczyć kołującego myszołowa, orlika, sokoła czy jastrzębia. Rano na polanach przed lasami można zobaczyć pasące się sarny i jelenie, wystarczy tylko wcześnie wybrać się na szlak i nie robić hałasu żeby ich nie spłoszyć.
Bieszczadzkie anioły...
spotkać je można na połoninach
usianych uśmiechem wędrowców
jak spacerują po łodyżkach traw
w zamglony dzień
siedzą na rozstaju szlaków,
wskazując kierunek tęczowych tras
są jak cienie jastrzębi
kołujących nad głowami turystów
anioły...
jeszcze czuję ich oddech
dotyk skrzydła na mięśniach nóg,
a kiedy budzę się,
siedzą na promieniach słońca
i jak drogowskaz
ich rozanielone spojrzenia
skierowane są w stronę gór
Najczęściej naszą bazą wypadową jest Wetlina. Tam u pani sołtysowej zawsze możemy liczyć na nocleg. Nam ta miejscowość kojarzy się również z osłem i jego wieczornym wołaniem. Zresztą spotkaliśmy go nie raz, gdy wracaliśmy ze szlaku. Nasze piesze wędrówki najczęściej zaczynają się wcześnie rano i kończą już wieczorem. Przedreptaliśmy w Bieszczadach już wszystkie szlaki i to po parę razy. Ciągle jednak tam jedziemy, ponieważ zawsze zobaczymy coś nowego. Poznamy ciekawych ludzi. Powdychamy świeżego powietrza czy podpatrzymy zwierzynę.
Naszym pupilkiem jest granitowy pomnik na Krzemieńcu (1221 m.) zwany z węgierskiego Kremenaros, czyli punkt zbiegu granic Polski, Ukrainy i Słowacji. Można zrobić przy nim ciekawe zdjęcia, bo człowiek odbija się w nim jak w lustrze. Teren ten obfituje również w piękne okazy motyli, których nie wolno łapać. Odpoczywając zaś można się spotkać z turystami, z którymi najczęściej dogadujemy się za pomocą gestów, czyli przy użyciu rąk i nóg.
Do tego miejsca prowadzi parę szlaków. Nasz ostatni, to zaznaczony w przewodnikach „dla prawdziwych mężczyzn” i choć ja nim nie jestem to spokojnie go przeszłam więc nazwa daje dużo do myślenia... Szlak wychodzi z Wetliny przez Rabią Skałę, Wielką Rawkę do Ustrzyk Górnych. Po Rabiej Skale(1199 m) i szczycie Czoło (1157 m.) a także mogile sowieckiego lejtnanta A. Gładysza na grzbiecie Czerteż, który poległ w październiku 1944 roku, a był pilotem z zestrzelonego samolotu i zmarł właśnie w tym miejscu, dochodzimy do Kremenaros. Punkt ten uważany jest za najwyższy szczyt słowackich Beskidów Wschodnich i najdalej na wschód wysunięty punkt Słowacji.
Podążając dalej tym szlakiem dochodzimy do Wielkiej Rawki (1304 m). Jest to najwyższy punkt pasma granicznego i jedyny poza granicą Tarnicy i Halicza szczyt polskich Bieszczadów przekraczający 1300 m. Rozpościera się tu piękna panorama na wszystkie strony. Ja najczęściej siadam, jeszcze przed słupem geodezyjnym, i wdycham te widoki. Betonowy słup to dawne stanowisko badawcze. Odgrywał ważną rolę w pomiarach kraju, ponieważ był najwyższym punktem triangulacyjnym na obszarze polskich Bieszczadów.
Najbardziej znanym szczytem tego pasma gór jest Tarnica (1346 m). Dlatego też na tym szlaku możne spotkać największą liczbę turystów. Większość jednak kończy trasę na jej szczycie, a szkoda bo piękne widoki są dopiero gdy się uderzy na Halicz - Rozsypaniec albo Bukowe Berdo - Pszczeliny. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy potrafi przejść takie długie trasy. W tej okolicy moją najurokliwszą górą jest dinozaur, czy fachowo przekładając to z mojego języka na turystyczny – Krzemień (1335 m). Nadałam mu taką nazwę ze względu na jego wygląd, ponieważ z Tarnicy wygląda na śpiącego dinozaura ze względu na skalisty szczyt, gdyż długą grań formują wychodnie skośne ułożonych potężnych płyt piaskowca, górą tworzące grzebień, a jeśli patrzeć z dołu zerwiska. Najlepiej prezentuje się końcem sierpnia i we wrześniu. Nie mogę wtedy oderwać od niego oczu. Do 1988 roku można było chodzić pod zerwiskami niczym w jakiejś galerii albo ukryć się przed deszczem. Ja wtedy jeszcze nie miałam wszczepionego bakcyla chodzenia po górach, bo byłam mała i on dopiero zaczynał puszczać pączki, a szkoda. Teraz szczyt nie jest dostępny dla turystów ze względu na unikatowy świat roślinny, dlatego przesunięto szlak. Dość blisko grzbietu Krzemenia można dojść wychodząc niebieskim szlakiem z Tarnicy na Bukowe Berdo.
Wracając do Tarnicy, chyba wszyscy wiedzą, że znajduje się tam metalowy krzyż. Wystawiony został dla upamiętniający pobyt w tych stronach księdza Karola Wojtyły w 1954 roku. Widać go już z odległości kilkunastu kilometrów. Jest to już drugi krzyż, ponieważ pierwszy został zniszczony zimą 1999 roku. Tarnica jest tak często odwiedzana przez turystów, przez co bardzo cierpi przyroda. Trawa zanika coraz dalej, ponieważ szczyt jest wyłożony kamieniami więc każdy chcąc odpocząć schodzi niżej, gdzie może wygodnie usiąść. Pozakładane są siatki zabezpieczające ale to nic nie daje.
Bieszczady mają też swoją Połoninę Wetlińską i Caryńską a także Smereka (1222 m). Ten ostatni szczyt jakoś najbardziej, z tych trzech, utkwił mi w pamięci, a to przez metalowy krzyż upamiętniający śmierć turysty zabitego przez piorun.
Duch Smereka
Wybrałam się na górski spacer
z miłością za rękę i plecakiem,
w którym cicho spała jesień
o kasztanowych oczach.
Krocząc po czerwonej nici Ariadny
spotkaliśmy ducha piorunowej ofiary,
który malował na złoto ostatnie liście buka.
"Chodźcie"- powiedział.
"Zaprowadzę was do miejsca
ostatniego oddechu".
Wkroczyliśmy do krainy,
dotykając głową chmur,
gdy nagle znikł...
...zostaliśmy tylko my
i kamień, który dołożyliśmy
aby uszczelnić jego grób.
Często wracając z Bieszczad jestem opalona jak murzynka żeby nie wspomnieć o poparzeniach skóry, ponieważ tam drzewa nie chronią turystów przed słońcem. Z tymi górami mamy jeszcze związane jedno marzenie. Co roku przed świętami Wielkanocnymi odbywa się droga krzyżowa na Tarnicę i kiedyś chcemy się dołączyć do tych wielbicieli gór niosących krzyż na szczyt. Bo przecież jesteśmy tacy jak oni i bez ciągłych wędrówek w różne miejsca dusimy się. Zresztą te miejsca czekają na dotyk naszych stóp... Dla mnie są natchnieniem...
otulona chustą połoniny
nie ma krajobrazów ujrzanych ze szczytu góry,
jeżeli nie było wędrowców
Antoine de Saint-Exupery
widziałam roztańczone trawy
czesane oddechem wiatru
ignorowały lament mięśni
a każdy ich krok łaskotał
mech w skalnej szczelinie
wieczorem tuliły zmęczone
głowy do poduszki wypchanej
zapachem człowieka
krzyżując spojrzenia szczytów
czułam się jak malec który układając
kamyczki buduje sobie miasto
Urszula Kopeć