O podkarpaciu

Logowanie

Nie masz jeszcze konta?

ODGŁOS STAWIANYCH K...

Wydarzenia


Maj 2017
Nd Pn Wt Śr Cz Pt So
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031

Nowe firmy

Reklama

Ankieta

Jak oceniasz serwis www.podkarpacie.info?

ODGŁOS STAWIANYCH KROKÓW

  » Strona główna / ODGŁOS STAWIANYCH KROKÓW


ODGŁOS STAWIANYCH KROKÓW 

 

 

Bo gdybym się jeszcze urodzić miał znów,

To tylko we Lwowie…

 

Piękny czerwcowy dzień, a ja ponownie zawędrowałam do Lwowa. Znowu wizyta w kaplicy Boimów uznawanej za pomnik sztuki renesansowej. Rzeźby w kamieniu przedstawiające sceny z męki Pańskiej na fasadzie, uśmiechają się do mnie znajomo. Odwzajemniam ich życzliwość ale myślami spieszą do przodu, do miejsca, które za pierwszym razem wywarło na mnie magiczne wrażenie. Jednak nie tak szybko. Musze cierpliwie czekać, bo kolejny punkt, to Cerkiew Wniebowzięcia N.P. Maryi zwana Wołoska. Szczerze, to nie pamiętam jak wygląda jej wnętrze. Pewnie dlatego, że tam weszło tylko moje ciało, bo dusza zapatrzyła się w piękne kopuły na dachu i została jak gapa na zewnątrz.

 

Nastała wreszcie moja upragniona chwila i całym swoim ja przekroczyłam próg katedry ormiańskiej. To miejsce działa na mnie jak magnez. Mogłabym przebywać tu godzinami, zwłaszcza u stóp tronu, na którym siedział kiedyś Jan Paweł II. To dobre miejsce na obserwowanie całej świątyni i duchów z obrazu Rosema.  Za pierwszym razem to dzieło zaatakowało mnie swoją siłą i magiczną mocą. Przyznaję się, że tak mnie natchnęło, że napisałam wiersz:

Ormiański Lwów
Powoli na palcach ciszy
wkradam się w zaułek miasta,
gdzie otulona 
płaszczem wniebowzięcia 
stoi uśpiona katedra.

 

Tajemniczy powiew wiatru
otwiera jęczące drzwi,
wsuwam się do środka
budząc oddechem czujne
oczy z malowidła Rosena.

 

Ożywają ścienne duchy
i suną za mną chowając
brak twarzy w kapturach.

 

Oświecona blaskiem ich świec
wychodzę, rzucając ostatnie
spojrzenie na tron,
gdzie nadal siedzi cień
pielgrzyma, któremu podmuch
zamknął księgę.

 

Modli się, bo pogrzeb
św. Odliona trwa nadal.


Nasze kroki zmierzają do następnego punktu wycieczki, to Cmentarz Łyczakowski znajdujący się w południowo-zachodniej części Lwowa. Niczym po parku spacerowałam od pomnika do pomnika. Najbardziej interesowały mnie polskie groby ale nie tylko. Zapamiętałam pomnik Artura Grottgera z klęczącą postacią niewiasty pod krzyżem z piaskowca( wkoło chodziła masa mrówek jak po Telimenie), Seweryna Goszczyńskiego górującego na wysokości piedestału, Gabrieli Zapolskiej i Marii Konopnickiej. Ten ostatni jest najbardziej oblegany przez polskich turystów. Na grobie cały czas płonie wiele zniczy oświetlających jej twarz. Po powrocie z wycieczki przeglądałam Lwów, jego rozwój i stan kulturalny prof. dr Józefa Wilczkowskiego i zaskoczyło mnie, że w najważniejszych grobach Cmentarza Łyczakowskiego zabrakło Marii Konopnickiej i Gabrieli Zapolskiej. Szybko znalazłam jednak odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Książka wyszła 1907 roku, a one zmarły, jedna  w 1910 roku, a druga w 1921 roku.
 Jak łatwo się domyślić, odwiedziłam również Cmentarz Orląt Lwowskich. Siedziałam maluteńka pod jednym z pylonów, słuchając interesujących opowieści przewodnika o jego historii i wyobrażałam sobie jak pięknie musiała górować na wzgórzu, zburzona w sierpniu 1971 roku kolumnada łącząca łuk Pomnika Chwały z dwoma osobno stojącymi pylonami. Najbardziej jednak nie mieściło mi się w głowie jak można było pozwolić zniszczyć groby i zrobić sobie na ich miejscu drogę, w katakumbach garaże czy wypasać tam krowy. Uważam, że każdy cmentarz niezależnie od wiary i narodowości powinien być traktowany z należytą czcią, ze względu na ludzi tam pochowanych, bo oni są najważniejsi.

 

Barbarzyńska dewastacja cmentarza powstrzymana została dopiero 20 maja 1989 roku, kiedy to na tym terenie pojawili się pracownicy polskiego „Energopolu” rozpoczynając prace porządkowe. 1 listopada 1999 roku w Gazecie Lwowskiej można było przeczytać: Pozostaje żywić nadzieje, że Cmentarz Orląt Lwowskich stanie się znakiem pojednania polsko-ukraińskiego, znakiem miłości chrześcijańskiej, znakiem nadziei. Trzeba wierzyć, że wbrew przeciwnościom tak się właśnie stanie. Trzeba wierzyć…
1 listopada 2006 roku właśnie na Cmentarzu Łyczakowskim i Orląt Lwowskich prawie na każdym polskim grobie płonęły znicze. Media i ludzie komentowali to bardzo głośno. Najbardziej dziwili się lwowianie. Nigdy czegoś takiego nie widzieli. Wszystko za sprawą akcji z 22 października przeprowadzonej w Jarosławiu przez Ośrodek Kultury i Formacji Chrześcijańskiej, która odpowiedziała na apel Polskiego Konsulatu Generalnego ze Lwowa i podjęła się zbiórki zniczy. Polak potrafi…

 

Kolejny etap wycieczki to budowle, na których punkcie mam, lekko mówiąc, bzika czyli zwiedzanie zamku w Olesku i Podhorcach. Pierwszy z nich leży jakieś 70 km na wschód od Lwowa. Zamek zlokalizowany jest na wzgórzu, dlatego góruje nad okoliczną równina. Zbudowany był w XIV wieku. Wielokrotnie był nękany przez Tatarów. W 1432 roku zamek zdobył Jagiełło i to właśnie w nim przyszedł na świat król Polski Jan III Sobieski, a po jego śmierci właścicielką została Marysieńka. Jak każdy zamek popadł w ruinę jednak dopiero w 1961-65 roku został odbudowany i obecnie stanowi filię Lwowskiej Galerii sztuk. Kiedy się ogląda zgromadzone tam bogactwa, nie wiadomo w co włożyć oczy żeby nadążyć za przewodnikiem, a czegoś nie ominąć. Oczywiście niczego nie wolno dotykać. Z pomieszczenia do pomieszczenia chodzili za nami ludzie, którzy skrupulatnie tego pilnowali. Dodatkowo przy sufitach umieszczone są kamery i choć przez moment wydaje się, że nikogo nie ma i chce się zrobić zdjęcie, to nagle słychać upominający obcy głos. Nic nie umknie ich uwadze. Rzetelnie i może aż do przesady pilnują swoich skarbów. Człowiek momentami czuje się tam jak podejrzany intruz. Jednak nie ma się co im dziwić, ponieważ to miejsce stanowi jeden z najlepszych zbiorów sztuki polskiej poza obecnymi granicami Rzeczpospolitej. Można tam zobaczyć m.in.: uchronione od kradzieży z cerkwi ikony, duże obrazy batalistyczne („Bitwa po Wiedniem” pędzla Martino Altomontego z 1962 roku), meble, gobeliny, portrety i obrazy.
U podnóża zamku rozciąga się interesujący ogród z kamiennymi rzeźbami lwów, stawem i ciekawym widokiem na sam obiekt, gdzie można już robić zdjęcia bez ograniczeń.

 

Następny magnacki zamek Podhorce leży na skraju wzgórz Koroniaków opadających ku nizinie nadbużańskiej. Zbudowany został „dla uciech smacznego wypoczynku po wojskowych trudach”. Ostatnim właścicielem do II wojny światowej była rodzina Sanguszków. Książe Roman pomny doświadczeń I wojny światowej ewakuował najcenniejsze zbiory z zamku. Konwój złożony z ciężarówek browaru gumniskiego w ostatniej chwili zdołał się przedostać do Rumuni, a zbiory przez Europę do dalekiej Brazylii. Z części zbiorów Podhoreckich powstała fundacja kulturalna, która do dziś istnieje w Sao Paulo. Okres II wojny światowej przyniósł więc dewastacje obiektu. Później w murach pałacu był szpital chorych na płuca. W latach pięćdziesiątych na zamku wybuchł pożar, który go zniszczył. Mimo tego obiekt nadal pozostał atrakcyjny a w jego murach kręcono wielokrotnie filmy, w tym „potop”, gdzie wnętrze uchodziło za radziwiłłowskie Kiejdany. W 1997 roku pałac został przejęty przez Lwowską Galerię Sztuki i rozpoczęto skromne prace restauracyjne.
Kiedy  byłam tam w 2003 roku zamek pomimo upływu 6 lat, odkąd podjęto prace, wcale nie wyglądał dobrze. Wnętrze było puste, ściany w opłakanym stanie, oświetlenie na przenośnym długim kablu, tylko tak można było obejrzeć niższe komnaty, okna z powybijanymi szybami, trawa i mech porastały mury. Stojąc w jednej z sal w wyobraźni łatwiej widziałam tu pomieszczenie szpitalne pełne łóżek i z powiewającą w dziurawych oknach firanką niż magnacką komnatę.
Pałac najlepiej podziwiać z zewnątrz, bo tu chodź widać wielkie zniszczenia, prezentuje się bardzo uroczo. Można np. pospacerować po zachowanych fortyfikacjach typu bastionowego. Upłynie wiele lat zanim pałac odzyska swoją świetność ale plusem jest to, że SA takie plany i pierwszy krok został postawiony.

 

Zanim wsiadłam do autokaru moje oczy uchwyciły piękny barokowy kościół św. Józefa, zbudowany w latach 1752-63 jako świątynia zamkowa. Niestety w lipcu 1944 roku uległ uszkodzeniu i splądrowaniu. Od 1991 roku również przeszedł we własność Lwowskiej Galerii Sztuki, gdzie i tu w 1993 roku rozpoczęto remont. Obiekt jest bardzo interesujący i przyciąga spojrzenia turystów. Zbudowany jest jako wysoka rotunda zwieńczona kopułą z latarnią osiowo powiązana jest z pobliskim zespołem zamkowym.
Moje wnioski? Przebywając na Ukrainie, we Lwowie i jego okolicach, czułam się jak w innym świecie. Brak koszy na śmieci, przejść dla pieszych, dziwny sposób parkowania samochodów na środku ulicy, śmieszne i stare autobusy, milicja z bronią na ulicy i niski poziom warunków estetycznych w sklepach, wyprowadzały mnie momentami z równowagi. I ta masa żebrzących ludzi…
Z drugiej jednak strony, to właśnie tam w Teatrze Wielkim po raz pierwszy oglądałam balet i to w najlepszym wykonaniu. Kiedy usiadłam cichutko na pluszowym czerwonym siedzeniu i przygasło światło to nie wierzyłam, że za murami rzeczywistość jest inna. W przepychu sal odbijała się sztuka, która uwodziła przebywających tam turystów.

 

Kiedy po dwóch latach ponownie zawędrowałam do Lwowa, dostrzegłam poprawę w ogólnym jego wyglądzie. Mam nadzieje, że jeszcze tam wrócę, bo mimo lęku, który we mnie wzbudza, posiada piękne zabytki, o które tylko musi bardziej zadbać. Oczywiście obowiązkowo wstąpię wtedy do katedry ormiańskiej. Tam wyjdę na plac przed kościołem wyłożony płytami grobowymi z napisami Ormian lwowskich, przeniesionych ze zniesionego cmentarza przy kościele św. Anny na przedmieściu Żołkiewskiem i napiszę kolejny wiersz, oczywiście pod warunkiem, że znowu nie będę musiała gonić za przewodnikiem. Dlaczego? Ponieważ można tam spotkać wielu artystów, malarzy, którzy w natchnionym miejscu oddają po swojemu hołd zabytkom Lwowa.

 

***

 

„W Klimkówce pod lasem, kędy strumyk płynie
Stoi tam kościółek w cudownej dolinie
Sześć setek lat mija, jak cudami słynie,
Krzyż Chrystusa Pana w tej leśnej kotlinie…”

 

Jest jedna kraina, do której uciekam, gdy jest mi źle. To Beskid Niski, a szczególnie okolice Iwonicza Zdroju i pensjonat Antares z pięknym uspakajającym widokiem z okna. Kiedy po raz pierwszy postawiłam na tej ziemi moje nogi, nie wiedziałam jeszcze, że nie będę potrafiła bez niego oddychać, że będzie miejscem, który na nowo wzbudzi we mnie radość życia. To właśnie w Iwoniczu Zdroju poznałam drugiego włóczykija. Od tamtej pory razem odkrywamy ciekawe miejsca, nawet te nie zaznaczone w przewodnikach.
Jednym z takich miejsc jest Klimkówka, położona miedzy dwoma kurortami: Iwoniczem i Rymanowem Zdrojem. Główny celem naszych pieszych wędrówek w tamtym kierunku jest kościół parafialny pw. Św. Michała Archanioła z polichromią Tadeusza Popiela oraz obrazem gotyckim z 1529 roku. Sanktuarium znajduje się w pobliżu lasu, ok. 1 km od wsi, w dolinie Potoku Świętokrzyskiego.
Dokładne powstanie kościoła w tym miejscu nie jest znane. Związane jest z miejscową tradycją o wyoraniu z ziemi krzyża, dlatego i wieś miała dawniej nazywać się Klejówka od wyrazu „klękać”, gdyż woły miały klękać w polu przed tym krzyżem. Fakt istnienia kościółka odnotowany został po raz pierwszy na karcie wizytacji przez ks. T. Dąbrowskiego w 1620 roku. Wynika z niej, że było to miejsce odpustowe. Pierwszy kościółek spłonął od świec na ołtarzu. Według tradycji ocalała wtedy cudownie tylko figura Chrystusa na krzyżu. Obecna świątynia to trzecia z kolei, zbudowana przez miejscowego cieślę – Floriana Waisa w 1868 roku. Nieopodal kościółka znajduje się źródełko, z którego woda posiada lecznicze, wręcz cudowne właściwości. Kronika parafialna zanotowała 91 cudownych zdarzeń i łask, takich jak uzdrowienia z chorób zakaźnych, nowotworowych czy uszkodzeń mechanicznych.
Kiedy wchodzi się do wnętrza kościółka, którego ściany pokryte są neobarokową polichromią, z ołtarza „zerka” na nas cierpiący ukrzyżowany Jezus. Ta cudowna figura uważana jest za rzadkość ponieważ Chrystus przybity do krzyża jest jeszcze żywy. Lubię spacerować do tego sanktuarium, położonego na tle okolicznych wzgórz i zieleni lasów, owianego cudownym urokiem tajemniczości i spokoju.  Msza główna odpustowa odbywa się 3 maja o 11:00, drugi odpust 14 września a przez letni okres średnio co drugą niedzielę o godz. 10:30. Kościółek jest ogrodzony, a na placu znajdują się ławki, na których można usiąść wśród drzew oraz pól i w spokoju przemyśleć wiele nurtujących nas spraw, odpocząć od chaosu dnia.

 

Drugim bardziej znanym świętym miejscem jest pustelnia św. Jana z Dukli. Miasteczko to zostało uwiecznione w opowiadaniach Andrzeja Stasiuka, wspomina o nim również w „Jadąc do Babadag”. Wybrałam się tam z moim włóczykijem, gdy straciłam jednego z członków rodziny. Tak naprawdę to uciekłam do tego miejsca, wiedząc że mogę się w nim schronić i wpisać do leżącej przy ołtarzu księgi swoje prośby, wierzą że modlitwy bernardynów sprawujących tam pieczę, pomogą mi i rodzinie.
Pustelnia św. Jana mieści się w tzw. puszczy nad Trzcianą kilka kilometrów na południe od Dukli. Z głównej trasy międzynarodowej prowadzącej z Dukli do przejścia granicznego ze Słowacją w Barwinku należy skręcić w prawo w miejscowości Trzciana w wąską drogę asfaltową (przy drodze znajduje się tablica informacyjna)
Do pustelnię można też dojść szlakiem turystycznym z Nowej Wsi lub z Chyrowej, główny szlak beskidzki koloru czerwonego.
Kościół i dom, w którym mieszkał św. Jan (udostępniony do zwiedzania) znajduje się na wzgórzu wśród drzew. Kiedyś może było to dobre miejsce na pustelnię, dziś przybywa tam wielu pielgrzymów. W sezonie letnim nie można znaleźć tu takiego spokoju jak w Klimkówce, za to zimą nic nie zakłóca ciszy. Wystarczy tylko wdrapać się na wzgórze (1 km od głównej drogi) lub dojechać na parking samochodem, który najlepiej żeby miał łańcuchy, wejść do pustej neogotyckiej kaplicy, wybudowanej na miejscu starej na początku XX wieku, i utonąć w modlitwie albo wyjść na taras i podziwiać piękną panoramę gór przykrytych śnieżną pierzynką. Poniżej kaplicy znajduje się cudowne źródełko a w lesie stacje drogi krzyżowej.
Beskid Niski to także górki po których można spacerować. Pamiętam jak dziś, dzień śmierci Jana Pawła II. Byłam właśnie z moim włóczykijem w Iwoniczu Zdroju. Jedyna myśl jaka przyszła nam po ciężkiej nocy, to wybrać się dla niego następnego dnia w góry, bo przecież Papież tak bardzo je kochał. Postanowiliśmy wejść  na Cergową, przez miłośników Beskidu Niskiego zwana "Wielką Górą". Posiada trzy wierzchołki i jest bardzo charakterystyczna w swojej sylwetce. Jak na te góry, posiada bardzo strome zbocza. Sama w sobie, zawiera wiele atrakcji. Ja byłam tam już parę razy, wchodząc na nią wszystkimi możliwymi szlakami. Na stokach północno zachodnich jest tzw. "Złota studzienka", dziś ocembrowane źródło i kaplica, a kiedyś miejsce medytacji św. Jana z Dukli.

 

Na szczycie Cergowej znajduje się krzyż z metalową puszką, w której schowana jest pieczątka i zeszyt PTTK. To właśnie do niego wpisaliśmy się dedykując wyjście Papieżowi. Po drodze spotkaliśmy jeszcze innych ludzi, którzy pomyśleli tak jak i my, zresztą wpisy do zeszytu też to dokumentowały. Ludzie pisali, że przyszli tu się wypłakać. Panowała specyficzna atmosfera...
Panorama rozciągająca się ze szczytu jest piękna, szczególnie zimą, kiedy z drzew opadną liście. Wracając i podziwiając widoki w myślach ułożyłam wiersz, który później był czytany w audycji Radio Lublin poświęconej śmierci Jana Pawła II.


Ścieżka nadziei

 

W roztańczonych promieniach słońca
gania się ze spojrzeniami wędrowców.

 

Chwilami schowana w cieniu drzew,
przędzie na kołowrotku talizman życia
i podrzuca do zagubionego plecaka
by uciszyć skołatane serce.

 

O świcie zamienia się
w ścieżkę prowadzącą ku łąkom...

 

Kolejną atrakcją turystyczną, którą odwiedziłam już parokrotnie nawet jako przewodnik wycieczki, a będącą dla mnie bardzo szczególnym miejscem jest Rezerwat Prządki. Znajduje się na Pogórzu Dynowskim, na grzbiecie jednego z wzniesień Pasma Odrzykońskiego, między miejscowościami Korczyna i Czarnorzeki (na północ od Krosna). Rezerwat obejmuje grupę ostańców skalnych, o wysokości do ponad 20 m, zbudowanych z gruboziarnistego piaskowca ciężkowickiego, który pod wpływem erozji przybrał oryginalne kształty.

 

Najbliżej drogi wznosi się dominująca grupa Prządka – Matka, dalej w najwyższym punkcie wzgórza najpotężniejsza grupa Prządki – Baby, następnie Herszt i już w lesie – Madej, na którego wierzchołek można wejść, bo prowadzi na niego łatwa ścieżka. Ze skał roztaczają się wspaniałe widoki na Krosno, ruiny Kamieńca i Pogórze.

 

Ze względu na ich kształt przypominający postacie kobiet olbrzymów, jest z nimi związanych wiele legend ludowych. Jedna mówi, że w pobliskim zamku Kamieniec w Odrzykoniu mieszkały trzy urodziwe panny, córki pana zamku. Pewnego dnia przybył rycerz, aby prosić jedną z nich o rękę. Wybór żony okazał się bardzo trudny. Rycerz zdecydował więc iż poślubi tę dziewczynę, która własnymi rękami uprzędzie suknię. Dziewczęta poszły prząść do lasu, aby w spokoju jak najszybciej dokończyć pracę. Tymczasem nadeszły Święta Wielkanocne, ale to nie skłoniło panien do przerwania pracy, zostały wiec surowo ukarane - zamienione w czarnorzeckie skały.

 

Z rezerwatu, lasem prowadzi szlak (jakieś 30 min) do zamku Kamieniec, słynnego z „Zemsty” Aleksandra Fredry, ponieważ to tam znajduje się ten słynny mur, o który był prowadzony spór. Ruiny zamku rycerskiego widoczne są już z daleka ponieważ położone są na wzgórzu o wysokości około 450 m n.p.m. górującym nad doliną Wisłoka. Uważany jest za najstarszą warownię na terenie Podkarpacia, czego dowodzą odkryte na wzgórzu zamkowym  ślady osadnictwa z okresu kultury łużyckiej oraz wczesnego średniowiecza.

 

Przewodniki podają, że początkowo istniała tutaj tylko drewniana strażnica - twierdza, która uległa zniszczeniu najprawdopodobniej  podczas najazdu Tatarów w 1241 i 1259 roku.
Zamek murowany powstał za czasów panowania Kazimierza Wielkiego. W późniejszych wiekach wielokrotnie rozbudowywany. Jego celem była ochrona południowych rubieży kraju, które nękane były napadami z Rusi i Węgier.  Miał także pełnić rolę strażnicy na trakcie handlowym biegnącym z Węgier doliną Wisłoka. Pod koniec XVI wieku zamek odziedziczyli Firlejowie (dolny) i Skotniccy (górny). To właśnie pomiędzy tymi dwoma rodzinami trwał spór o mur graniczny  i będącą we wspólnym posiadaniu studnie. Od końca XVIII wieku zamek powoli zamieniał się w ruinę. Na przełomie XVIII i XIX wieku zaczęto go traktować jako źródło budulca dla powstającego w Krośnie kamiennego kościoła Kapucynów, na co zgodę wydał hrabia Jabłonowski. W 1860 roku na jednej z ostatnich ocalałych sal odbyło się ostatnie przyjęcie.
Obecnie zamek to zabezpieczona ruina, w której podjęto wybiórczą rekonstrukcję. Odbudowano miedzy innymi mur graniczny i kaplicę zamkową. Prace prowadzone są energicznie, co widać po każdej wizycie na zamku. To jednak nie przeszkadza w zwiedzaniu. We wnętrzu jednej z baszt znajduje się niewielkie muzeum gromadzące pamiątki po właścicielach. Ciekawostką dla niektórych jest wystawiona do oglądania kość mamuta.

 

W 1974 roku runęła, po blisko 600 latach, najpotężniejsza baszta bramna. Musiała się pięknie prezentować, ponieważ wychodząc na zewnątrz murów pod ścianę, gdzie się znajdowała, ogląda się uroczy widok – dla mnie najładniejszy. Skały pochłaniają pozostałości murów powyżej których była wieża.
Na skałkach znajdujących się obok zamku można uprawiać wspinaczkę, co stanowi dodatkową atrakcję szczególnie dla młodych ludzi. Ile razy tam byłam, zawsze skały były zajęte. Zresztą są przygotowane do tego typu sportu.

 

W odległości 17 km od Krosna znajduje się jeden z najstarszych i najcenniejszych kościołów drewnianych w Polsce. W sierpniu 2003r. zabytkowy kościół w Haczowie został ostatecznie wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Świątynia z poł. XV wieku posiada konstrukcję zrębową z belek modrzewiowych. Wewnątrz można podziwiać odrestaurowaną polichromię z 1494 roku a pod okapem prezbiterium oryginalne drewniane maszkarony. Około 1624 roku dobudowano nad wejściem wieżę z nadwieszoną izbicą, a całość otoczono sobotami. Kościół do I wojny światowej posiadał na wieży cenny dzwon z 1488 roku, niestety Austriacy przetopili go na armaty.

 

W czerwcu 2006 roku rozpoczęto wymianę gontów na świątyni. Ja niestety mogłam podziwiać tylko wnętrze, ponieważ trafiłam na okres remontu. Jednak to będzie pretekst żeby wrócić tam jeszcze raz...
W tej samej okolicy, 8 km od Krosna, znajduje się dworek – muzeum Marii Konopnickiej. Pisarka dostała go w darze w 1903 roku za 25-lecie jej pracy twórczej w dowód uznania i wdzięczności Polaków. Dworek pochodzi z XVIII wieku. Otacza go pięciomorgowy park. Po śmierci w 1910 roku do końca życia mieszkały w nim jej córki. Jedna z nich, Zofia pod koniec życia przekazała go państwu z przeznaczeniem na muzeum biograficzne matki, które otwarto w 1610 roku.
Całość jest udostępniona do zwiedzania. Oprowadza przewodnik o wszystkim opowiadając. W muzeum można zobaczyć wiele rękopisów i pierwszych wydań książek Marii Konopnickiej. Najważniejsze w dworku jest pomieszczenie, w którym znajduje się oryginalne biurko przy którym pracowała pisarka i jej pióro. Oczywiście nie mogłam nie uprosić zdjęcia przy nim. Delikatnie oparłam się o nie aby przejąć troszkę jej siły pisarskiej...

 

Na granicy miedzy Beskidem Niskim a Bieszczadami, w dolinie, leży parę atrakcyjnych miejscowości. Dla mnie najbardziej urokliwe to Szczawne i Komańcza.
Pierwsza miejscowość, już z drogi, wita widokiem przepiekanej drewnianej trójdzielnej cerkwi grecko-kat. z 1888 r. w stylu wschodniołemkowskim (dziś prawosławna). W środku zaś kusi oczy cennym ikonostasem, polichromią figuralna z 1925 r. i pięknym wystrojem. Obok niej znajduje się wolnostojąca drewniana dzwonnica z 1889 r. Cerkiew stoi na wzniesieniu w otoczeniu drzew. Przed nią rozpościera się łąka, która ukwiecona podczas letnich miesięcy, dodaje uroku świątyni.

 

Czasami człowiek wędrując, zwiedza obiekty nie zdając sobie sprawy, że może nie mieć więcej okazji, by ponownie je zobaczyć. Gdy nadejdzie taki moment cieszy się, że zdążył…

 

Tak było i ze mną, a chodzi o zabytkową cerkiew w Komańczy pw. Opieki Matki Bożej. Pamiętam, że tak mi się podobała, że długo musiała pozować mi do zdjęć. Kiedy 13 września 2006 wróciłam z moim włóczykijem z wędrówki po górach w Karkonoszach, dotarła do nas wiadomość, że jej już nie ma. Spłonęła. W wiadomościach na wszystkich programach mówili, że strażacy nie mieli szans na pokonanie żywiołu, że pewnym momencie akcja gaszenia musiała zostać przerwana z powodu braku wody. Dogaszanie zgliszcz wznowiono po dostarczeniu wody z pobliskiej rzeki Barbarki. Jeszcze huczą po mojej głowie słowa jednej z wypowiedzi: "...Mimo podjętej przez miejscowe jednostki ochotniczej straży pożarnej akcji, pożar niemal momentalnie objął całą konstrukcję. Na pewno na szybkość rozprzestrzeniania się pożaru miał wpływ dawny sposób konserwowania drewna oraz panująca obecnie w ciągu dnia mała wilgotność powietrza. Pożar objął całe wnętrze cerkwi i doszczętnie spłonęło całe zabytkowe wyposażenie...".
Znajdowała się na stromym wzniesieniu, ponad drogą, osłonięta drzewami. Od 1963 roku służyła parafii prawosławnej. Otoczona była murem z luźno spojonych kamieni. Dach posiadał cztery baniaste kopuły ustawione w rzędzie. Budowa cerkwi greckokatolickiej w Komańczy trwała trzy lata. Powstała na miejscu świątyni z XVI wieku, która spłonęła w pożarze w 1800 roku. Widzimy więc, że historia zatoczyła koło…

 

***

 

Od dłuższego czasu moje kroki często kierują się do Roztocza Wschodniego, który kryje w sobie wiele reliktów obrządku wschodniego i zachodniego. Znikam wtedy między cerkwiami i starymi cmentarzami i błądzę jak duchy z mojego wiersza:

Świadkowie dziejów

 

Pankrator dał mu życie i zabierze.
Jego serce
To drewniana budowla cerkwi.

                          Graban W.

 

Przekraczając bramę mistycyzmu
błądzę od latarni do latarni
przyzwoicie śpiącej w hełmie wieży.

 

W lustrzanym zwieńczeniu nawy
szukam wczorajszego odbicia.

 

Z ukrycia przyglądam się duchom
płoszącym ptaki po starych cmentarzach.

 

Tajemnicza cisza bez pytania 
szpera po moich kieszeniach
i tylko wiatr mnie nie widzi
gania siwe włosy po zahacie.

 
 Roztocze Wschodnie, jak przeczytałam, leży na styku kultury wschodniej i zachodniej, co zaowocowało wielkim bogactwem form budowanych - drewnianych cerkwi. Pierwotnie świątynie te kształtowane były według wzorów bizantyjskich. Po zawarciu unii z Rzymem zaczęły w swych formach łączyć doświadczenia dwóch tradycji chrześcijańskich – zrodzonych w kręgu kultury śródziemnomorskiej. Docierały one na te tereny i wnosiły wartości, swoje style i architektoniczne mody. Chodzi tu o kulturę łacińską, ruską w połączeniu  z  umiejętnościami konstrukcyjno-budowlanymi rodzimych budowniczych.
      

 

Tysiącletni rodowód drewnianych cerkwi nie zostawił na terenie Roztocza Wschodniego zbyt wielu reliktów. Stawiano je na pewno w znacznych i możnych grodach, często na wzniesieniach, co stanowiło o ich charakterze obronnym. W ostatnim półwieczu dokonały się zasadnicze zmiany w krajobrazie kulturowym Roztocza Wschodniego. W znacznej mierze zostały one spowodowane stratą dużej liczby zabytków budownictwa cerkiewnego. Trwałe zniszczenia tej architektury były związane z okresem ostatniej wojny, czyli latami 1939-1947. Przyczyniły się do tego działania zbrojne i akcje represyjne, np. krótkotrwałe walki niemiecko-rosyjskie w czerwcu 1941 roku, doprowadziły do nieznacznego uszkodzenia kilku świątyń, m.in. w Nowym Brusnie. Jesienią w 1944 roku podczas akcji odwetowej na Podemszczyznę, od podpalonych zabudowań, ogień przeniósł się na drewnianą cerkiew parafialną p.w. Opieki NMP z 1882 roku, która w szybkim czasie przestała istnieć. Po wojnie powstała również tendencja do rozbierania budowli cerkiewnych. Tak się stało m.in. z  cerkiewią w Starej Hucie, p.w. św. Paraskewii z 1928 roku. Drewno ze świątyni i dzwonnicy użyto do wzniesienia budynków gospodarczych i mieszkalnych nowo powstającego PGR-u.
 

 

Smutne jest to, co wyżej napisałam ale sama prawda. Wiele wypadków również i teraz chodzi po cerkwiach i dlatego bardzo urzeczona ich pięknem postanowiłam uwiecznić to, co z nich pozostało, bo niektóre są w opłakanym stanie. Jednak są wizytówką tego regionu i wciągają w mistyczny świat duchów. Za każdym razem, kiedy jestem w tamtych okolicach wpadam z wizytą do jednej z nich. Ta najbliższa miejsca, gdzie nocuję posiada piękny ikonostas, który nie pozwala mi się skupić na mszy. Mam na myśli dawną cerkiew greckokatolicka pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, którą wzniesiona po poł. XVIII w. w Kowalówce. W latach 1899-1900 przebudowano jej nawę rozszerzając ją o ramiona transeptu. Ustalona w tym czasie kompozycja przestrzenno-bryłowa świątyni przetrwała do obecnych czasów. Po 1947 r. została zaadoptowana na kościół filialny rzym.-kat. pw. Narodzenia NMP.
 

 

U podnóża Roztocza Wschodniego, 3 km na południowy-wschód od Horyńca Zdroju, znajduje się jeden z najcenniejszych zabytków drewnianej architektury sakralnej na terenie Polski. Jest to dawna cerkiew greckokatolicka p.w. św. Paraskewii w Radrużu, która została wzniesiona w 1583 roku z fundacji Jana Płazy. Posiada budowę trójdzielną. Nawa i babiniec są przekryte sklepieniami o konstrukcji wieńcowej, ukrytymi pod dwuspadowymi dachami. Prezbiterium zakończone jest ścianą boczną. Nawa oddzielona jest od sanktuarium i babińca masywnymi, wieńcowymi ścianami, w których wycięto z jednej strony carskie i diakońskie wrota, a z drugiej ozdobne profilowane przejście do babińca. Budowlę obiegają dookoła obszerne, podcienione ganki wsparte na słupach, tzw. soboty. Na szczególną uwagę zasługuje kilkupiętrowa, szkieletowa konstrukcja usztywniająca przekrycia nawy i wspierająca zarazem “króla” zwieńczonego makowicą i pięknie kutym żelaznym krzyżem.
 

 

Charakterystyczne w Radrużu, a nie spotykane w obiektach późniejszych, są duże, okrągłe prześwity w ścianach oddzielających nawę od prezbiterium i babińca. W jednokopułowej bryle nad babińcem występowała pierwotnie niewielka dzwonnica. Świątynia zbudowana jest z doskonałego drewna jodłowego i dębowego bez użycia metalowych gwoździ. Uwagę zwracają szerokie obramienia obydwu portali wejściowych: zachodniego i południowego. W systemie zrębowym ukształtowane są również sklepienia, z którymi związane są od zewnątrz pionowe zaczepy.
 

 

Wysoki poziom konstrukcji skłonił badaczy do uznania cerkwi za dzieło zawodowego warsztatu ciesielskiego, kontynuującego na przełomie XVI i XVII wieku wzory ciesiołki późnogotyckiej. Za swoisty podpis budowniczego można uznać trzy rozety wycięte na belce między babińcem a nawa.
 Wewnątrz zachowały się fragmenty polichromii z XVII wieku, wykonanej prawdopodobnie przez malarzy patylickich. Dawne wyposażenie cerkwi stanowi ikonostas architektoniczny z XVII wieku malowany na deskach lipowych, gruntowanych zaprawą kredową i farbami klejowymi. Był zbyt duży w stosunku do cerkwi, dlatego górne rzędy domalowano na ścianie wewnętrznej budowli. Całość obecnie znajduje się w zbiorach muzealnych Łańcuta, Lwowa i Lubaczowa.
 

 

Obok świątyni, w północno-zachodnim narożu placu, wznosi się drewniana dzwonnica, która powstała równocześnie z cerkwią. Posiada konstrukcję słupową, z izbicą, z nadwieszoną drugą kondygnacją i 4-spadowym dachem namiotowym, krytym gontem. Wejście do niej położone jest nisko przy ziemi, dlatego aby dostać się do środka musiałam bardzo się pochylić. Widok z góry uroczy i sama cerkiew prezentuje się jak wielki grzyb pod kapeluszem dachu gontowego. Całość zabudowań otoczonych jest kamiennym murem z połowy XIX wieku, z XVII wieczną bramą.
 

 

Zespół cerkiewny utrzymany jest w bardzo dobrym stanie. W latach 1963-1965 poddany został gruntownej restauracji. Ponowną renowację przeprowadzono w ostatnich latach, po kierunkiem konserwatora sztuki Hanny Emilii Marskowskiej-Mańkowskiej. Świątynia  pełni funkcje muzealne i jest udostępniona dla turystów. Obecnie pieczę nad zabytkami sprawuje Powiatowe Centrum Kultury i Sportu w Lubaczowie.
 

 

Cerkiew wyróżnia się oryginalną architekturą. Jest to budowla orientowana, mająca charakter obronny. Wzniesiona na wzgórzu i oblana fosą mogła służyć jako ochrona dla ludności przed najazdem Tatarów. Całość zespołu tonie w zieleni ok. 20 starych objętych ochroną drzew, w których również mieszkają duchy zerkające na turystów. Wystarczy oprzeć się plecami o ich pień żeby usłyszeć ich szepty...
 Z zespołem cerkiewnym w Radrużu związana jest legenda, którą powtarzają starsi mieszkańcy okolicy. Opowiada o brance tatarskiej, która zyskała daleko nad Morzem Kaspijskim serce rycerza, jego rękę  i bogactwa, a po jego śmierci w pozłocistej karocy przybyła do swojej rodzinnej wsi, gdzie wzniosła tę cerkiew. Dziś obok świątyni można odnaleźć starą płytę nagrobną, należącą być może do dawnej fundatorki. Napis na niej mówi: “ Jezus Chrystus Zbawiciel miłosierdziu (?) sługa boży. Tutaj położone jest ciało szlachetnie (?) urodzonej Katarzyny Eliaszowej (?) Dubniewiczowej wójtowej Radrużkiej. Rozstawszy się z życiem w tym roku 1682 miesiąca marca dnia 20. Przeżywszy  wszystkiego lat 20 i miesięcy 4. I do Pana odeszła. Amen”. Magia tej starej świątyni i legenda jaka ją otacza stanowi otoczkę tego, co można tam zobaczyć. Najlepiej jest siąść na chwilę w cerkwi albo oprzeć się o soboty i posłuchać duchów przeszłości ciągle tam przebywających. I nawet lubią turystów… I wstęp dużo nie kosztuje. Tak symbolicznie żeby utrzymać zabytek.
 

 

Gorajec kryje kolejną tym razem odnowioną cerkiew greckokatolicką pw. Narodzenia NMP (od 1947 r. kaplica rzym.-kat.), która wzniesiona została w 1586 r. Początkowo posiadała bryłę jednokopułową oraz zapewne niewielką dzwonnicę nad babińcem. W 1816 r. wzniesiono nowe sanktuarium, a w 1835 r. nowy babiniec. Świątynię znacznie przekształcono przed 1903 r. (nawę rozszerzono o otwarte do niej boczne ramiona). W latach 1992-2001 przeprowadzono generalny remont obiektu (m. in. dokonano rekonstrukcji ścian nawy). W przewodnikach piszą, że wewnątrz na szczególną uwagę zasługuje pierwotna ściana ikonostasowa z polichromią, ja niestety tego nie widziałam, bo jak byłam drzwi nie chciały się otworzyć. Obecna dzwonnica z 1860 r. została przeniesiona z Majdanu Sieniawskiego w 1994 r.
 

 

Wracając z Gorajca wstąpiłam do Łówczy, w  gminie Narol, gdzie wiedziałam, że wśród drzew ukryta jest cerkiew św. Paraskewii z 1799 roku, przebudowana w 1899 roku. Po wojnie była nieużytkowana ale obecnie pełni funkcję kościoła rzymskokatolickiego. Posiada budowę trójdzielną. Nad nawą znajduje się ośmiopolowa kopuła kryta blachą i zwieńczona wieżyczką. Obok świątyni znajduje się drewniana dzwonnica z 1920 roku. Cerkiew była pierwotnie wybudowana jako kościół a następnie przejęli ją grekokatolicy. Wraz z drewnianą dzwonnicą i położonym w pobliżu cmentarzem(wtulonym obecnie w las) z nagrobkami brusnieńskimi stanowi cenny, zabytkowy zespół cerkiewny. Niestety na południowej ścianie istnieją ślady podpalenia.
 

 

Podczas mojej jesiennej podróży na Roztocze Wschodnie, ponownie z aparatem w ręku i przewodnikiem po terenie, czyli moim mężczyznom, wybrałam się do wsi Wola Wielka, gdzie w centrum na niewielkim wzniesieniu, stoi drewniana cerkiew greckokatolicka Wniebowzięcia Matki Bożej. Wybudowana została w 1755 roku, o czym informuje napis wyryty na nadprożu głównego wejścia do świątyni. Posiada budowę trójdzielną z jedną pękatą, ośmiopolową kopułą nad nawą. Obok cerkwi stoi drewniana dzwonnica z XVIII wieku, o konstrukcji słupowo-ramowej. Całość otoczona jest kamiennym murem o wysokości 1 m.
 

 

Jak wynika z powyższego opisu, obszar Roztocza Wschodniego, obfituje  w zabytki architektury cerkiewnej. Jesienią 2003 roku na tym terenie wytyczono Szlak Architektury Drewnianej. Każda, opisana prze mnie, cerkiew została wyposażona w tabliczkę zawierającą krótką informację (w trzech językach) o jej architekturze i historii oraz mapę, na której zaznaczono znajdujące się w pobliżu inne obiekty tego typu. Odnalezienie cerkwi ułatwiają znaki informacyjne umieszczone na głównych drogach ukazujące położenie i odległość świątyń na szlaku.
Szlak Architektury Drewnianej na Roztoczu Wschodnim stanowi jedną z głównych atrakcji turystycznych. Jest to karta historii mówiąca o kształtowaniu się kościoła greckokatolickiego w Polsce.
Zwiedzając cerkwie zawsze wypuszczałam się na spacer po najczęściej zarośniętych i zniszczonych cmentarzach, które cicho śpią obok nich. Większość pięknych nagrobków wykonano z piaskowca i wapienia pochodzącego z kamieniołomu w Starym Bruśnie. Miejscowość ta znana była jako prężny ośrodek kamieniarski. Działalnością tą trudniły się całe rodziny. Formy rzeźby były bardzo zróżnicowane, począwszy od prostych, archaicznych krzyży do bogatych kompozycji rzeźbiarskich. Dominującym typem nagrobka jest krzyż na prostopadłościennym postumencie. Niewielka grupę stanowią pomniki figuralne, które przedstawiają miedzy innymi aniołów, Najświętszą Maryję Pannę, Chrystusa oraz patronów zmarłych: św. Józef, św. Anna, św. Antoni. Inskrypcje nagrobne posiadają napisy w języku ukraińskim.
Godny uwagi jest skryty w lesie w Starym Bruśnie cmentarz utopiony w gęstwinie drzew i dzikich zarośli, będący galeria rzeźby bruśnieńskiego kamieniarstwa. Zapomniana nekropolia z dziesiątkami pomników nagrobnych, z których najstarsze pochodzą z początku XIX wieku, sprawia niesamowite wrażenie. Znajdują się tam prymitywne, ciosane krzyże, jak i pięknie, bogato rzeźbione, o dużych walorach artystycznych nagrobki. Pomimo uporządkowania w latach osiemdziesiątych cmentarz jest mocno zarośnięty. Pomniki są nieco pociemniałe ze starości, niekiedy omszone, ale w większości zachowane w nadzwyczaj dobrym stanie z czytelnymi napisami.
Cmentarze na Roztoczu Wschodnim kryją w sobie szczątki ludzi, którzy tworzyli nie tylko historię regionu. Najczęściej są to proste i skromne mogiły, na stałe wpisane w krajobraz i dziedzictwo kulturowe regionu. W ostatnich czasach mieszkańcy jak i władze podjęli starania o ochronę i renowacje często zapomnianych już cmentarzy, co dodatkowo uwydatniło walory turystyczne Roztocza Wschodniego.
Kolejnym magicznym miejscem tego regionu, które długo buszowało po mojej głowie, są pozostałości klasztoru OO. Bazylianów, który znajduje się w dawnej wsi Monastyr (nazywanej również Monaster, Monasterz czy Monastyrz). Obiekt położony jest w gminie Horyniec Zdrój, w północno-zachodniej części sołectwa Werchrata, na południowym stoku wapiennego wzniesienia (381,5 m. n.p.m.).
 

 

Źródła pisane podają, że w 1678 roku przybyli tam bazylianie i wznieśli drewnianą cerkiew p.w. Opieki Matki Boskiej. Nad początkami czuwał ojciec Jow Jamiński, jeromonach monastyru jamnickiego, którego książę Dymitr Wiśniowiecki mianował ihumenem klasztoru. Ten jednak szybko przeniósł się do Krupca a jego miejsce w 1682 roku zajął ojciec Izaak Sokalski z monastyru w Zamościu. Ten przybywając do klasztoru podarował obraz Matki Bożej, który został według tradycji namalowany przez Piotra Reteńskiego. Obraz szybko zasłynął jako cudowny. Zaczęto go nazywać ikoną Matki Bożej Werchrackiej.
 W podziemiach monastyru prawdopodobnie znajdowała się kamienna grota z rzeźbą Daniela w lwiej jamie, która była licznie odwiedzana przez pielgrzymów. W 1720 roku król August II zatwierdził przywileje klasztoru i uposażył go okoliczną wsią Monastyr, która w tym czasie zaczęła się intensywniej rozwijać. 
Kiedy po I rozbiorze Polski tereny te zajęła Austria w 1806 roku klasztor został zamknięty. Wyposażenie sprzedano na licytacji, a mnisi wraz z cudowną ikoną przenieśli się do Krechowa pod Żółkwią (obecnie Ukraina), gdzie do tej pory się znajduje.
W 1891 roku albertyni wydzierżawili folwark monastyrski od filantropa i opiekuna biedoty hrabiego Ludwika Dębickiego. Przez 14 lat w tej pustelni, wśród puszczy i pobożnego ludu przebywał brat Albert Chmielowski. Opuścił to miejsce w 1905 roku i wraz  z innymi zakonnikami przeniósł się na Kalatówki do Zakopanego.
Podczas I wojny światowej w regionie Monastyr wojska niemiecko-austriackie stoczyły walkę z Rosjanami. Poległych żołnierzy trzech cesarzy pochowano obok stojącej jeszcze wtedy cerkwi. Groby poległych, zachowane do tej pory, znaczy kilka krzyży z piaskowca z wyrytymi napisami w języku niemieckim. Znajduje się tam również pomnik upamiętniający śmierć członków UPA, którzy polegli w walce z wojskami NKWD 2 marca 1945 roku.
Do lat powojennych, przetrwała drewniana cerkiew klasztorna wybudowana przez dwóch pierwszych ihumenów. Źródła donoszą, że  posiadała układ trójdzielny z dominantą nawy przekrytej czteropolową kopułą zrębową z jednym załomem. Babiniec i sanktuarium, przekryte także kopułami, były znacznie węższe, ale dorównywały nawie pod względem wysokości. Cerkiew obiegały soboty. Kiedy wieś została wysiedlona obiekt uległ zniszczeniu przez zerwanie dachu. Około 1951 roku cerkiew spłonęła. Dziś nie ma po niej żadnego śladu, tak jak i po cmentarzu, który zapewne znajdował się w jej otoczeniu.
 Teren dawnego monastyru o obwodzie owalnego majdanu o długości ok. 100 m i szerokości 50 m obecnie jest zarośnięty drzewami. Zachowały się jedynie pozostałości murów obronnych wzniesionych z kamienia, osiągających w niektórych miejscach wysokość 4 m oraz murowane piwnice. Jedna z nich, do której prowadzą pozostałości po schodach, ma około 3m x 3 m. Z niej można wyjść drugimi schodami albo przejść do innego mniejszego pomieszczenia. Oprócz tej piwnicy są jeszcze zaznaczone trzy inne wejścia, do których wchodząc na własną odpowiedzialność, potrzebna jest latarka. Imponującą pozostałością po klasztorze OO. Bazylianów jest wydrążona w skale studnia, w której obecnie rośnie drzewo. Na placu jest również kamienny krzyż a obok niego nowy drewniany z informacją, że znajdowała się tu świątynia greckokatolicka. Magii i tajemniczości poklasztornego terenu dodaje rozgałęzione drzewo, między którego pniami, niezależnie od pory roku znajduje się woda. Wszystkie wejścia do piwnic i studnia zostały zabezpieczone, żeby uchronić turystę przed wypadkiem.
Pozostałości po klasztorze są często odwiedzane przez mieszkańców okolicznych miejscowości. Dodatkowo Monastyr wraz z pozostałymi okolicami związanymi z osobą brata Alberta (Werchrata, Prusie, Stare Brusno, Horyniec Zdrój) znajduje się na szlaku corocznych pielgrzymek młodzieży. 11 XI 1990 roku biskup Marian Jaworski uroczyście otworzył szlak zielony prowadzący z Horyńca do Narola przez Monastyr, upamiętniający wędrówkę tego zaliczonego w poczet błogosławionych przez Jana Pawła II zakonnika.
 

 

Ruiny klasztorne są więc świadkami historii, która dla tej ziemi według tradycji rozpoczęła się już w XII wieku. A co najważniejsze, pozostały same, ponieważ wioska, którą zamieszkiwali Ukraińcy, została wysiedlona w ramach akcji Wisła w lipcu 1947 roku i mieszkańcy nigdy nie wrócili w to miejsce. W taki sposób na Roztoczu Wschodnim przestało istnieć wiele osad. Monastyr jednak pozostawił po sobie relikt, który będzie przypominał o swoim istnieniu.
Na Roztoczu znajduje się również pałac w Narolu, w którego ruinach lubię błądzić, choć pewnie już niedługo, ponieważ trwa jego remont. Jest idealnie wkomponowany w przyrodę i obdarzony bogactwem historii. Posiada wybitne walory architektoniczne. Wzniesiony został w latach 1773-1776 przez Feliksa Antoniego Łosia, według projektu Calumbaniego. Korpus pałacu wraz z galeriami i pawilonami, usytuowany na stoku łagodnego wzgórza tworzy kształt podkowy, będącej głównym motywem herbu Dąbrowa należącego do właścicieli majątku. Zamek jest tak olbrzymi, że ta „podkowa” z trudem mieści się w kadrze aparatu. Pośrodku usytuowany jest budynek główny, dwukondygnacyjny, prostokątny z nieznacznie wysuniętymi częściami fasady budynku. Ćwierćkoliste arkady łączą go z dwoma parterowymi pawilonami bocznymi. Środkowy człon pałacu na parterze wypełniał dwutrakt westybulu, czyli przedpokoju o charakterze reprezentacyjnym i leżącej za nim, na osi głównej owalnej sali balowej, z której wychodzi się do trójpoziomowego ogrodu, który jest przedłużeniem parku a został założony w 1773 roku według projektu Norberta Hammerschmidta. Posiada układ symetryczny, jednoosiowy. Od strony elewacji ogrodowej pałacu występuje drzewostan grabowo-lipowy z rzędowymi nasadzeniami z kasztanowców i lip. Z gatunków obcych liczne były kolekcje żywotnika i cisów. W pobliżu oranżerii, w której zgromadzono kolekcje śródziemnomorskich roślin szklarniowych zachowane są jedynie fragmenty dawnych ogrodów skalnych. Obecnie park jest mocno zdewastowany. Niegdyś zdobiły go liczne posągi i kolumny, po których zostały tylko kamienne ułamki.
Od strony miasteczka do rezydencji prowadzi aleja lipowa, która biegnie przez bogatą architektonicznie, szeroko założoną główną bramę wjazdową na obszerny dziedziniec. Drzewa te są bardzo stare i idąc między nimi czuje się ich moc oraz mądrość. Kiedy usiadłam na chwilę na korzeniach jednej z nich i poprosiłam o zdjęcie, nie było szans żebyśmy obie zmieściły się na zdjęciu, a ja żebym była w miarę rozpoznawalna. Uwielbiam stare drzewa, dlatego dla mnie ta aleja jest magnetycznym miejscem, które przyciąga swoją siłą.
W przewodnikach piszą, że w pałacu do dyspozycji było 50 pokoi zdobionych malowidłami, wyposażonych w stylowe meble oraz kominek. Pokój balowy zdobił fresk przedstawiający wieżę Leandra na Bosforze i sceny rybackie. W sali familijnej wisiało 15 portretów członków rodziny Łosiów.
Hrabia Feliks Antoni Łoś i jego następcy gromadzili w pałacu cenne zbiory naukowe oraz kolekcję dzieł sztuki, w tym obrazy szkoły włoskiej i holenderskiej, rzeźby, bogate archiwum obejmujące korespondencję, stare akta i cenne rękopisy, a także pamiątki rodzinne, ordery, pieczecie, etc. Znajdowała się tam również bogato wyposażona biblioteka. W czasach Łosia pałac oprócz funkcji mieszalnej spełniał rolę ośrodka kulturalnego, ponieważ ufundowano w nim Akademię Narolską. Prowadzono tu szkołę dramatyczną, muzyczną i malarską, w której uczyła się młodzież szlachecka. Rezydencja wkrótce została uznana za jedną z największych w kraju i budziła zachwyt  u współczesnych.
Pałac w Narolu wielokrotnie popadał w ruinę a w czasie powstania styczniowego został podpalony przez wojska austriackie. Z czasem częściowo odnowiony przez ówczesnego właściciela Juliana Puzynę, został w okresie I wojny światowej ograbiony przez cofające się armie austriackie i szabrowników. Po 1920 roku kolejna właścicielka, hrabina Jadwiga Korytowska, przeprowadziła restaurację budowli, przerwaną wybuchem II wojny światowej. Wtedy to przepadła reszta ocalałych zbiorów wraz z całym wyposażeniem. Ogołocone mury przetrwały okupację hitlerowską, a w 1945 roku pałac został spalony miotaczami ognia przez Służbę Bezpieczeństwa podczas akcji przeciwko ukrywającym się w nim oddziałom Armii Krajowej. Przez następnych 50 lat zniszczony pozostawał własnością skarbu państwa. Mimo prowadzonych w latach powojennych prac zabezpieczających, brak należytej opieki powodował pogłębiającą się ruinę.
Od 1995 roku pałac i przylegający do niego park ponownie stał się własnością prywatną. Został sprzedany małżeństwu muzyków Ewie Iżykowskiej-Kłosiewicz i Władysławowi Kłosiewiczowi. W celu przywrócenia dawnej świetności rezydencji narolskiej w 1999 roku powołano Fundację Pro Academia Narolense, która nawiązuje do tradycji szkoły artystycznej utworzonej przez Łosia. Po odnowieniu ma się tu znaleźć miejsce dla historyków sztuki, literatury, teatrologów i konserwatorów zabytków, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży z krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Planowane jest również otwarcie hotelu dla odwiedzających Narolszczyznę - ten prezentuje się pięknie jak mały zameczek, ponieważ już jest wykończony. Dla turysty, który będzie chciał obejrzeć wschód słońca nad pałacem w Narolu i pobiegać rano po parku wypełnionym starymi drzewami, będzie to dobre miejsce na krótki odpoczynek w dobrym towarzystwie.
Dla mnie to również zakątek, gdzie widziałam największą ilość ślimaków winniczków, ponieważ spacerując po placu otaczającym pałac trzeba uważać żeby nie zadreptać pięknych porzuconych przez nie muszli.
Teraz może zaskoczę niejedną osobę, że mimo iż jestem kobietą szukałam po roztoczańskich lasach bunkrów, ale to prawda. Rozwój turystyki w latach 70 – tych na tym terenie zapoczątkował szersze zainteresowanie problematyką sowieckich umocnień. Od tamtej pory schrony znalazły się na trasach szlaków turystycznych, jednak informacje w przewodnikach na ten temat były bardzo skromne. Wychodząc temu na przeciw wytyczono w 1997 roku niebieski szlak po bunkrach Linii Mołotowa. Prowadzi on z Hrebennego do Huty Lubyckiej. W latach 90-tych Towarzystwo Przyjaciół Fortyfikacji rozpoczęło inwentaryzowanie roztoczańskich schronów i wyznaczyło niebieski szlak dla turystów.
Mój mężczyzna podczas szukania bunkrów opowiadał, że decyzja o budowie Linii Mołotowa zapadła 26 czerwca 1940 roku i była rezultatem sowieckiej agresji na Polskę, w wyniku, której granice Związku Radzieckiego zostały przesunięte na zachód. Musiała zatem zostać zmieniona koncepcja obrony terytorium, tym bardziej, że Stalin przewidywał wojnę z Niemcami. Nową liczącą 3500 km granicę podzielono na 3 okręgi wojskowe i 138 odcinków budowy, na których rozpoczęto stawianie ok. 2500 betonowych schronów bojowych.
 Rejony umocnienia miały osłonić ważniejsze kierunki operacyjne i tworzyć rubieże obronne dla rozwijających się do działań wojsk. Składały się z głównego pasa obrony z fortyfikacjami typu stałego oraz z tyłowego pasa typu polowego. Pierwszy tworzyły batalionowe węzły o szerokości od 6-10 km i głębokości od 5-10 km. Składały się z 3-5 punktów oporu, z których każdy dysponował 15, a nawet 20 betonowymi schronami bojowymi.
 Przy budowie Linii Mołotowa zastosowano nowoczesną technikę fortyfikacyjną. Na szczególną uwagę zasługuje wykonany z wysokiej jakości cement oraz ściany, stropy o grubości sięgającej 2 m, co czyniło schrony odpornymi na bezpośrednie trafienie nawet 203 – milimetrowych pocisków. Dwukondygnacyjne obiekty posiadały odpowiednie zaplecze, umożliwiające działania w stanie całkowitej izolacji.
 Lasy Roztocza Wschodniego są gęsto usiane schronami należącymi do umocnień Linii Mołotowa. Na terenie tym ich większe skupiska znajdują się pomiędzy Podemszczyzną a Nowym Brusnem, w rejonie Polanki Horynieckiej, Dziewięcierza, Wielkiego Działu, Lubyczy Królewskiej, Krągłego Goraja i Mostów Małych. Stanowią one część głównej pozycji obronnej Ruskorawskiego Rejonu Umocnień.
 W okolicy drogi prowadzącej od Podemszczyzny w kierunku Nowego Brusna zlokalizowano 14 schronów, w tym większość do ognia bocznego dla 2 ckm i działka ppanc. Są to przeważnie bunkry dwukondygnacyjne. W chwili wybuchu wojny punkt oporu Nowe Brusno był nieukończony i nie stanowił wystarczającego oparcia dla oddziałów Armii Czerwonej. Pojedyncze schrony stawiały opór przeciwnikowi do 25 czerwca 1941 roku.
 

 

W Pobliżu Polanki Horynieckiej natomiast znajduje się co najmniej 9 bunkrów, skupionych w dwóch grupach: na wzgórzu Hrebcianka oraz na wschód od wioski, w kierunku nieistniejącej już wsi Zające. Przeważają tu obiekty trzykondygnacyjne, trzystrzelnicowe do ognia bocznego. Ewenementem jest tradytor artyleryjski dla dwóch armat 76,2 mm z dodatkowym stanowiskiem ckm. Posiadał on jeszcze niedawno dobrze zachowaną armatę radziecką, niespotykaną na terenie całego kraju. W lecie 1997 roku pracownicy Muzeum Wojska Polskiego zabrali ją do swojej siedziby w Warszawie. Niestety przy jej wymontowaniu za pomocą ładunków wybuchowych mocno uszkodzili schron. Na wzgórzu Hrebcianka warto również zwrócić uwagę na pozostałości umocnień polowych oraz zachowany rów przeciwczołgowy.
 Wielki Dział, jedno z najwyższych wzniesień Roztocza Wschodniego, skutecznie służył za punkt obserwacyjny, ponieważ kontrolował lokalne szlaki komunikacyjne (droga Narol-Werchrata). Dodatkowo zalesiony wierzchołek dawał oparcie oddziałom liniowym, szczególnie artylerii. Powyższe względy zadecydowały o lokalizacji na masywie punktu oporu, którego kręgosłupem było 14 schronów bojowych. Obecnie odnaleziono 11 z nich, a o trzech wiadomo jedynie ze źródeł pośrednich. W tej okolicy znajduje się jedyny bunkier z zachowaną kopułą pancerną. Schrony tego punktu oporu broniły się do końca czerwca 1941 roku.
 

 

Umocnienia Rawskoruskiego Rejonu Umocnień na Roztoczu Wschodnim zachowały się do dzisiaj w dosyć dobrym stanie. W latach pięćdziesiątych zostały zakonserwowane przez żołnierzy Krakowskiego Okręgu Wojskowego. Pozostałości z wyposażenia i uzbrojenia schronów są skromne. Zaliczamy do nich nieliczne kopuły pancerne, uszkodzona armata, obudowy peryskopów, pancerze strzelnic i drabinki międzykondygnacyjne. Fragmenty rowów przeciwpancernych znajdujących się w okolicy bunkrów stanowią jedyną pozostałość po umocnieniach polowych. Pomimo przeciwności losu i bezmyślnej dewastacji, schrony te już teraz stanowią wielką atrakcję turystyczną, szczególnie dla męskiej części turystów choć jak widać po moim przykładzie nie tylko. Oczywiście nie wolno wchodzić do ich środka o czym informują tabliczki, takie jak trzymam na zdjęciu ale jak powstrzymać nogi skoro oczy same ciągną...
Osobliwością geologiczną tego regionu są skupiska wapiennych głazów. Jeszcze nie zdążyłam tam dotrzeć ale przy następnej wizycie, te miejsca będą celem moich wędrówek. Wypatrzyłam je na mapie i w przewodniku. Jedno z nich znajduje się koło Monastyrza, gdzie największa skała zwana Diabelskim Kamieniem uznana jest za pomnik przyrody. Ma on wymiary: 10 m długości, 5 m szerokości i 2 m wysokości. Swą nazwę zawdzięcza legendzie. Otóż kamień ten miał posłużyć diabłu do zniszczenia klasztoru bazylianów w pobliskim Monastyrze. Całą pracę, jak na diabła przystało wykonywał w nocy. Gdy był jeszcze w drodze niespodziewanie zapiał kogut, oznajmiając świt. Nastał dzień, a czart w popłochu porzucił kamień i już nigdy nie wrócił. Na wzniesieniu koło Nowin Horynieckich występuje kolejna grupa kilkunastu wapiennych głazów. Najokazalszy z nich ma wysokość 1 m i znajduje się w nim tajemniczy otwór, ustawiony w kierunku wschodnim. Przez mieszkańców wsi ów kamienny krąg zwany jest Świątynią Słońca. Prawdopodobnie w czasach pogańskich odbywały się tu obrzędy rozpoczynane o świcie, gdy przez otwór w kamieniu wpadał pierwszy słoneczny promień.
Roztocze Wschodnie posiada bogate walory przyrodnicze w postaci wysokiego stopnia zalesienia, czystą, nieskażoną atmosferą i krajobraz typowo rolniczy. Obszary prawnie chronione na tym terenie powodują zachowanie w dobrym stanie środowiska przyrodniczego i stanowią swoista enklawę ciszy i spokoju potrzebnego dla aktywnego wypoczynku. Roztocze posiada też największą liczbę duchów i magicznych miejsc, które łapią za włosy i puszczają zalotne oczka.

 

***

 

 

Urszula Kopeć 

 

Ostatnia modyfikacja: 2007-04-12
Copyright 2003 - 2006 © Podkarpacie.info