O podkarpaciu

Logowanie

Nie masz jeszcze konta?

Strona główna

Wydarzenia


Lipiec 2017
Nd Pn Wt Śr Cz Pt So
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031

Nowe firmy

Reklama

Ankieta

Jak oceniasz serwis www.podkarpacie.info?

O tym, jak nas Matka Boska przez Zawrat przeprowadziła

  » Strona główna / O tym, jak nas Matka Boska przez Zawrat przeprowadziła


O tym, jak nas Matka Boska przez Zawrat przeprowadziła

Od kilku już lat jeżdżę z dziećmi w Tatry, a jakoś zwykle tak to jest, że kiedy ktoś raz czy dwa razy spróbował wędrówki górskimi szlakami i zachwycił się ich wciąż zmieniającym się pejzażem na tyle, by nie zważać na skwar czy deszcz, na zmęczenie wielogodzinnym marszem wciąż w górę i w górę, a potem wielogodzinnym zbieganiem na trzęsących się łydkach wciąż w dół i w dół, tego będzie zawsze ciągnęło w góry.

Jeśli zaś ktoś w tych wędrówkach nie zasmakował, tego żadne argumenty nie przekonają.

Dla mnie góry są miejscem szczególnej obecności Bożej. Poprzez cuda przyrody skoncentrowane tam w ilości przeogromnej, poprzez doświadczenia związane z obcowaniem z nimi, Pan Bóg w szczególny sposób do mnie mówi.

Latem ubiegłego roku zapragnęliśmy wejść na Zawrat.

 

Pogoda nie najlepsza. Ale i nie najgorsza. Poprzedniego dnia padało prawie bez przerwy. Dziś sucho, chociaż chmury chodzą nisko. Tylko je wiatr silny i ostry przegania.

 

Do Murowańca idziemy przez Boczań. Modlimy się po drodze. Lasem dzieci (10 i 12 lat) ociągają się i marudzą, jednak wyżej nabierają rozpędu. A już najlepiej jest na krótkim odcinku z górki.

 

Przy schronisku siadamy do posiłku. Pełno tu ludzi. Jedzą, odpoczywają. Na chwilę wychodzi słońce i wydaje nam się, że nasza kiełbasa z rzodkiewką smakuje jakoś lepiej. Nie przeciągamy, bo właściwa trasa jeszcze przed nami.

 

Niezbyt długi odcinek do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Prawie kolejka z ludzi. Robi się parno i gorąco, bo to osłonięta kotlina. Mijamy miejsce tragicznej śmierci Karłowicza. Życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo.

 

Czarny Staw, a nad nim Kościelec. Przy stawie kawka, która zachowuje się, jak oswojona. Od wody ciągnie zimno, a i chmur teraz więcej. Po kawałku czekolady i dalej w drogę.

 

Staw jest piękny, kiedy tak obchodzimy go dookoła. Woda ciemna, granatowa. Głazy na brzegu, jak pomosty. Nad nami piętrzą się Granaty, nieznane nam jeszcze i olbrzymie z tak bliska. Wieczorem dowiemy się, że właśnie dziś zginęła tam dziewczyna.

 

Wchodzimy w piargi i odtąd bardzo szybko zaczynamy wznosić się w górę. Zawratu wciąż jeszcze nie widać. Jest wciśnięty pomiędzy turniami rozłożystej Świnicy i dzikiego Małego Koziego. Mijamy w pewnej odległości Zmarzły Staw. Właściwie dopiero go zauważamy, gdy już jesteśmy sporo nad nim.

 

I nagle za kolejnym załomem skalnym niesamowity widok. Jakbyśmy się znaleźli w środku zimy. Całe połacie śniegu z naszą ścieżką biegnącą zagłębieniami śladów przez dno małej dolinki i, na szczęście, wyprowadzającą na skalne żebro. Jest to już w takiej odległości, że widzimy jedynie kolorowe punkciki poruszających się ludzi.

 

Na żebrze zaczynają się trudności. Odtąd aż do samej przełęczy ciągną się łańcuchy. Ustalamy kolejność, bo potem nie bardzo będzie jak się zmienić. Doganiamy jakąś wolniejszą grupkę, której nie możemy wyprzedzić. Idziemy kolorowym wężem. Również za nami są już ludzie. Łańcuch trzyma nas cały czas przy ścianie i daje poczucie bezpieczeństwa. Jednak z drugiej strony wąskiej ścieżki jest strome poszarpane zbocze, momentami urywające się zupełnie pionowo.

 

Idziemy tak jakiś czas i wtedy przychodzi refleksja, że tą drogą nie będzie jak wrócić. Trzeba iść aż do końca. Po drugiej stronie Zawratu jest piękne łagodne zejście do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Ale po to, by się tam dostać, trzeba pokonać ten najtrudniejszy odcinek. Stają przed oczami wszystkie zasłyszane i wyczytane relacje o wypadkach górskich. Zwłaszcza, gdy któreś z nas, usiłując udawać pająka chodzącego po ścianie, na chwilę traci grunt pod nogami i zawisa trzymając się rękoma łańcucha.

 

W pewnym momencie przypomina mi się, że przecież na Zawracie jest kapliczka Matki Bożej. Na skale należącej już do Świnicy, widoczna jedynie przez krótki czas pokonywania ostatniego odcinka do wyłaniającej się w ostatniej chwili przełęczy.

 

Od tej chwili jestem spokojna. Matka Boża wybrała sobie to miejsce i tu zamieszkała. Stąd czuwa nad wędrowcami. Czuwa nade mną i nad moimi dziećmi. O wiele lepiej, niż ja mogłabym to zrobić. Jej troska jest o wiele większa od mojej, Jej modlitwa o wiele skuteczniejsza. Jestem bezpieczna i jestem szczęśliwa. Jeśli Ona jest gotowa nas chronić, nie muszę się lękać.

 

Więc z napiętymi mięśniami, ale lekko na duszy, pokonujemy ten ostatni odcinek pod górę i potem długą drogę w dół. Wdzięczność jest większa od zmęczenia, dygotania nóg i zimna. Górne partie Pięciu Stawów, gdzie wciąż jeszcze króluje zima, wydają nam się niemal rajem.

 

Posiłek w schronisku i znowu w dół, teraz Doliną Roztoki. Pada deszcz. Moje kłopoty z prawą nogą, które jak zwykle dają się we znaki przy schodzeniu, nie pozwalają przyspieszyć. Rozwiązujemy wymyślane po drodze konkursy i teleturnieje.

 

Już prawie na dole przejaśnia się i wychodzi słońce. Można zdjąć płaszcze i rozejrzeć się szeroko. Patrzę na dzieci całe i zdrowe, z rumianymi policzkami i błyszczącymi oczyma. Oto kolejny dzień podarowany nam od Boga i kolejny prezent czułej miłości Bożej Matki.


Joanna Pisarska

 

Ostatnia modyfikacja: 2007-04-12
Copyright 2003 - 2006 © Podkarpacie.info