O podkarpaciu

Logowanie

Nie masz jeszcze konta?

Strona główna

Wydarzenia


Czerwiec 2017
Nd Pn Wt Śr Cz Pt So
123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930

Nowe firmy

Reklama

Ankieta

Jak oceniasz serwis www.podkarpacie.info?

Tam, gdzie wino samo się rodzi

  » Strona główna / Tam, gdzie wino samo się rodzi


Tam, gdzie wino samo się rodzi

Jest środek lata, połowa wakacji. Warto by „wyskoczyć w góry” lub ruszyć się gdziekolwiek, tym bardziej, że lato, pomimo katastroficznych prognoz o mokrych wakacjach, jakby szydząc sobie z meteorologów, uraczyło nas niemal śródziemnomorskim słońcem.




Okazuje się jednak, że nie tak łatwo jest zebrać paru znajomych, chętnych do szalonych eskapad i dysponujących wolnym czasem w tym samym okresie. W końcu postanowione - wyjeżdżamy, choćby na trzy dni. Decyzja podjęta – ostatecznie jest nas trzech zdeterminowanych do wyciśnięcia z ostatnich dni lipca choćby odrobiny przyjemności. Oczywiście jakikolwiek trzydniowy wypad z Sanoka, w inny region niż Bieszczady, w oparciu o środki komunikacji publicznej jest nierealny, zaś Bieszczadów mamy już po prostu dość. Cały rok włóczymy się po nich, dlatego opuszczamy nasze góry, zostawiając je przyjezdnym.

Środkiem, który umożliwi nam zaplanowaną podróż jest stary gruchot kolegi, przy którym dokonał cudów reanimacji mechanicznej, w nadziei na niezawodność maszyny w trasie.

 No i w końcu pytanie: dokąd jedziemy?

Wyznaczony promień to jakieś 200 km. Odnawiająca się kontuzja, którą nabyłem początkiem maja, podczas biegów na orientację, nakazuje zasugerować znajomym wyjazd raczej rekonwalescencyjny niż ekstremalny.

Padają propozycje: Beskid Sądecki, Pieniny, Tatry Słowackie…Węgry.

Ostania propozycja, którą rzuca kolega ożywia mnie. Węgry? Faktycznie, przecież z Sanoka do granicy Węgierskiej jest niespełna 200 km! Gorąco oręduję za tym pomysłem, tym bardziej, że nigdy nie byłem jeszcze w tym kraju, słynącym z termalnych basenów, wina, ostrej kuchni, czardasza i mnóstwa zabytków, w szczególności romańskich i gotyckich, czego w naszym regionie jest niestety niewiele.

 Ostateczna decyzja zapada: jedziemy na pogranicze węgiersko-słowackie, w Góry Zemplińskie i Gemerski (czy jak wolą Słowacy - Słowacki) Kras. Szczegółowego planu podróży postanowiliśmy nie opracowywać, zdając się na intuicję i łut szczęścia. Zaznaczyliśmy tylko na mapie Węgier i Słowacji miejsca, o których wyczytaliśmy, że są warte uwagi, kierując się zasadą, że co zdążymy - to zrobimy. Gdy wszystko było już dopięte, okazało się, że jeden z naszej trójki nie będzie jednak mógł pojechać, z przyczyn rodzinnych, i niestety, przez najbliższych kilka tygodni będzie „wyłączony z życia publicznego”. Ta ostatnia secesja jednak nie złamała już „ducha wyprawy” i ostatecznie postanowiliśmy jechać nawet po „stracie 33% ekspedycji”.

 Nadszedł blady, niedzielny świt pierwszego dnia wycieczki.
O szóstej miał podjechać po mnie kolega autem. Nastawiony zawczasu budzik na 5.45 dawał spory luz na spakowanie, toaletę i śniadanie. Niestety zawiódł… Zadziałał wprawdzie zegar biologiczny, niestety z półgodzinnym opóźnieniem… Błyskawiczna toaleta, a właściwie ablucja, ubieranie i pakowanie, jak się później okazało, niekompletne i ewakuacja do auta, w którym kolega już poddawał próbie swoją odporność nerwową na spóźnialskich.

 Oczywiście śniadanie nie zmieściło się w programie pierwszego dnia wyjazdu i jak się okazało, miało się to stać tradycją tej wycieczki …
 Podróż na przejście graniczne minęła szybko i monotonnie, urozmaicana jedynie skrzypieniem wycieraczek ścierających krople deszczu z przedniej szyby. W Palocie jak się okazało podjechaliśmy pod niewłaściwe okienko odpraw, co strażnik natychmiast skwapliwie wykorzystał do wygłoszenia stosownego pouczenia, które trwało dłużej niż sama odprawa. Potem, już bez większych zakłóceń, przecinaliśmy łagodne wzgórza i bezkresne równiny Górnego Zemplina, „smukła sylwetką” Łady Samary. Jeśli nie liczyć drobnego incydentu z pomyleniem drogi pod Michalovcami i decyzją, że nie zawracamy, bo „jakoś w końcu dojedziemy do Slovenskiego Novego Mesta”. Tak też się zresztą stało, po nadłożeniu jakichś 30 kilometrów.

 Po wyjątkowo sprawnej odprawie na granicy słowacko-węgierskiej, postanowiliśmy zwiedzić nadgraniczne Sátoraljaújhely, pomijane często przez turystów z Polski, pędzących od razu na termalne baseny północnych Węgier. Rodakom miasto to znane jest zapewne za przyczyna popularnego filmu „CK dezerterzy”. Warte jest ono zwiedzenia nie tylko jednak z tego powodu. Tu bowiem zaczyna się obszar produkcji słynnego tokajskiego Aszu, a o świetnych tradycjach winiarskich świadczy Bórtemplom, czyli kościół winiarzy, pod którym znajdują się piwnice winne, mogące pomieścić przeszło 10 tysięcy hektolitrów wina!.

Warto tu również zobaczyć barokowy ratusz oraz wczesnobarokowy kościół NMP, zbudowany początkiem siedemnastego stulecia. Ciekawostką jest również jedna z najstarszych cerkwi greckokatolickich na Węgrzech, zbudowana w 1738 roku, zaś na tutejszym kirkucie spoczywa Mozes Teitelbaum, tzw. „cudowny rabbi”, jedna z czołowych postaci węgierskiego chasydyzmu, do którego w rocznicę śmierci – 16 lipca, przybywają liczne rzesze pielgrzymów. Sátoraljaújhely to także rodzinne miasto Ferenca Kazinczego, wybitnego węgierskiego pisarza i reformatora języka literackiego.

W minionym roku miasto wzbogaciło się o jeszcze jedna atrakcję, oto na dworu kolejowym odsłonięta została tablica upamiętniająca pobyt słynnego dobrego wojaka Szwejka – mamy zatem i sanocki akcent.

Po zwiedzeniu Sátoraljaújhely zawracamy, zbaczając z głównej drogi do oddalonego o jakieś 20 km, od zamku Fűzér, którego zdjęcie rzuciło mi się w oczy bądź to w jakimś przewodniku, bądź zdobytych kiedyś węgierskich folderach turystycznych. Ciekawa sylwetka zamku na sporej skale zachęcała do zjechania nieco z głównego traktu, wiodącego do znanego popularnego w naszym regionie Sarospatak. Widok, który ukazał się naszym oczom już na kilka kilometrów od celu przeszedł najśmielsze oczekiwania. Spora i nieźle zachowana ruina zamku, poddawana obecnie intensywnym zabiegom renowacyjnym i rekonstrukcji stała, a zadałoby się wisiała, na stromej, przeszło stumetrowej górze, z czego przeszło połowę wysokości stanowiła lita skała! Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się pod jego bramą, lecz niestety, dojazd krętymi górskim uliczkami, przez niewielką, położona u jego stóp wioskę nie jest łatwy, tym bardziej, że informacja turystyczna, co było dla nas sporym zaskoczeniem, była (mówiąc eufemistycznie) dalece niedoskonała. Szczególnie dla gości zagranicznych, co zresztą jak się potem okazało jest dużym problemem w tej części Węgier, tzn. informacja, jeśli w ogóle jest, to po … węgiersku. Na szczęście jednym z nielicznych, węgierskich słówek, które znałem było „var” czyli zamek, toteż kierując się nielicznymi strzałkami dotarliśmy w końcu, do zlokalizowanego na stromym wzgórzu parkingu, u stóp fortecy.



 Przy wjeździe „obrazkowe” ostrzeżenie o wysokich krawężnikach na parkingu. Zdziwiła nas trochę ta „nadmierna” troska o klienta, wkrótce jednak poczuliśmy, że nie jest przesadzona, w czym zaraz utwierdziły nas zgrzyty kolejnych, parkujących obok aut. Po uiszczeniu opłaty parkingowej, zaczęliśmy wspinaczkę stromą ścieżką przez las, wiodącą na szczyt góry. Tabliczki zainstalowane, co kawałek przy ścieżce ostrzegały przed czymś, ale po węgiersku odczytaliśmy tylko napis „uwaga” (Vigyázat). Dlatego też zachowaliśmy bardzo ogólną ostrożność. Po jakimś czasie, przed naszymi oczami wyrosła brama zamkowa – imponująca budowla murowana z kamienia, zwieńczona strzelistym, namiotowym dachem gontowym.

Minąwszy nieczynny punkt kasowy znaleźliśmy się na dziedzińcu, z którego rozpościerał się zapierający dech w płucach widok, na całą okolicę, urozmaicony piękną panoramą otaczających Fűzér Gór Zemplińskich.  Historia grodu napisana była niestety również wyłącznie po węgiersku, szczęśliwie, ze zgromadzonych wcześniej z przewodników, folderów i Internetu informacji wiedzieliśmy coś niecoś o tej budowli. Wzniesiono ją w 1310 r. w celu ochrony kraju przed mogącym się powtórzyć atakiem Tatarów, gdyż w pamięci żywe było jeszcze spustoszenie spowodowane przez koczowników 60 lat wcześniej, w miejscu poprzedniej, niewielkiej budowli z czasów dynastii Arpadów. W 1430 r. król podarował go rodzinie Perényi, która zrobiła zeń swą siedzibę rodową. Po klęsce pod Mohaczem zamek pełnił przez krótki okres czasu funkcję stołeczną, będąc miejscem zamieszkania rodziny królewskiej. Z powodu bardzo trudnego dostępu do fortecy przechowywano w niej, w okresach walk o tron, insygnia koronacyjne węgierskich władców.

Kolejnym właścicielem zamku był Stefan Batory, który po koronacji na króla Polski przekazał go swej młodszej siostrze Erzsébet. Jego mury stały się niemym świadkiem krwawych walk, toczonych tu w okresie kontrreformacji, następnie służył jako siedziba wojsk walczącego o niepodległość Węgier Istvána Thököly. Po upadku jego powstania cesarz Leopold rozkazał zburzyć twierdzę, czego dokonały wojska habsburskie w 1683 r. Zamek pozostawał w ruinie aż do lat dziewięćdziesiątych, ubiegłego wieku, kiedy to podjęto decyzję o odrestaurowaniu i rekonstrukcji. Prace prowadzone są do dziś, przywracając sukcesywnie świetność tej wspaniałej budowli. Podczas naszego pobytu renowacji poddawana była kaplica, w której rekonstruowano gotycki maswerk. Zrekonstruowano w całości basztę bramną, której piętra udostępnione są do zwiedzania. W formie ekspozycji ustawione zostały na niej dwie kopie późnośredniowiecznych moździerzy, zaś na dziedzińcu dyby.
 Dodatkowym walorem zamku, ale niestety, tylko jednorazowym, było zwiedzenie go bezpłatnie, gdyż spóźniona kasjerka z uśmiechem puściła nas wolno, nie żądając od nas zapłaty za bilet, kiedy już opuszczaliśmy zamek. Odpowiedzieliśmy równie promiennym uśmiechem i uprzejmym „köszönöm” (dziękuję), wykorzystując jakieś 10 % przyswojonego sobie wcześniej języka węgierskiego.
 Kolejnym punktem podróży miał być romański kościół we wsi Vizsoly. Dotarliśmy tam nie bez problemów, a to głównie z powodu kiepskiego oznakowania dróg, podobnie zresztą jak naszej części kraju oraz, jak się okazało mapy, która aczkolwiek drukowana na Węgrzech, pokrywała się jedynie z głównymi traktami komunikacyjnymi. Trzeba było zdać się na doświadczenie w orientacji w terenie, oraz konsultacje z mieszkańcami, którzy, aczkolwiek bardzo serdeczni i rozmowni, znali tylko rodzimą mowę. Przejechaliśmy przez szereg, leżących z dala od głównych szlaków zemplinskich wiosek, które, trzeba to powiedzieć, zachwycały zadbanymi domami oplecionymi winoroślą i ozdobionymi dużą ilością kwiatów. Kwiaty wisiały również w zawieszonych na przydrożnych latarniach i słupach doniczkach, dodając uroku tym malowniczym, wciśniętym w strome doliny wioskom.  Po jakimś czasie dotarliśmy do Vizsony. Znajdujący się tu kościół, zbudowany został w XIII wieku, zaś rozbudowany w wieku XIV. Już na pierwszy rzut oka widoczna jest dawna, romańska część świątyni, pełniąca obecnie rolę prezbiterium i gotycka nawa główna, dobudowana do starszej części. Świątynia ta służy od czasu reformacji wiernym kościoła kalwińskiego. Niestety tak świątynia, jak i nawet jej dziedziniec były szczelnie zamknięte, a wisząca na furtce kartka informowała, że otwarcie nastąpi dopiero o 12.00. Oczywiście w zrozumieniu tekstu pomogła nam nie tyle znajomość węgierskiego, ile cyfr arabskich…
 Ponieważ do otwarcia świątyni pozostawało jeszcze sporo ponad godzinę czasu, postanowiliśmy poświęcić oglądanie znajdujących się w jej wnętrzu, XV wiecznych fresków figuralnych i kontynuować naszą wędrówkę dalej. Warto wspomnieć, że w miejscowości znajdują się jeszcze dwie świątynie, tj. rzymskokatolicka i greckokatolicka, obie postawione w XIX stuleciu.

 Vizsony wpisało się do historii Węgier nie tylko z racji posiadania tak cennego zabytku. Tu bowiem, w 1590 roku wydrukowano pierwszy, węgierskojęzyczny egzemplarz Biblii, o czym przypomina znajdująca się na budynku, po przeciwnej stronie świątyni tablica pamiątkowa.
Na południowych obrzeżach wioski kolejna niespodzianka. Oto nieopodal drogi duży rezerwat geologiczny, który tworzy rozległa odkrywka zbudowana z wulkanicznego tuffu, który przez stulecia wykorzystywany był przez mieszkańców jako budulec.
Stojąc jeszcze samochodem na parkingu w centrum wsi, zwróciłem uwagę na tablicę informacyjna ze zdjęciami atrakcji turystycznych, położonych w okolicy miejscowości. (Świetny pomysł – wart naśladowania). Z tej to tablicy dowiedzieliśmy się, że kilkanaście kilometrów za Vizsony, nad wsią Boldogköváralja góruje wspaniały zamek Boldogkö.


Nim jednak do niego dotarliśmy, naszym oczom ukazały się łagodne, południowe stoki Gór Zemplinskich, pokryte aż po horyzont wielkimi plantacjami wspaniałych brzoskwiń. Akurat tego dnia odbywała się zbiórka i skup tego wspaniałego owocu, mogącego być symbolem Węgier, podobnie jak papryka czy winorośl.

Właśnie z takiego morza drzewek brzoskwiniowych wyłoniła się potężna sylwetka posadowionego na rozległej skale zamku Boldogkö, co po węgiersku znaczy - Szczęśliwy Kamień. Twierdzę tę wzniesiono w XIII, na rozkaz króla Béli. Po najeździe mongolskim wchodził w skład szerokiego łańcucha obronnych twierdz chroniących kraj od północy. Po klęsce pod Mohaczem przechodził z rąk do rąk aż wreszcie, w 1644 r. stał się własnością György’ego Rákoczy'ego.

Dwadzieścia lat później w tym zamku zebrały się wojska węgierskie przed wyruszeniem na ostateczny bój z tureckim najeźdźcą.
Ważna rola, jaką zamek odegrał w czasie walk o niepodległość w połowie XVII wieku, zwróciła uwagę nowych władców Węgier – Habsburgów, którzy obawiając się, że twierdzę wykorzystać mogą zbuntowani poddani, w 1701 r. rozkazali zburzyć. Od tego czasu jego opuszczone mury upodobali sobie najwybitniejsi węgierscy poeci, którzy przyjeżdżali tu by szukać natchnienia. Zamek odrestaurowano dopiero w 1968 r.
Zapewne któryś z nich dostrzegł w sylwetce skały zamkowej rysy leżącego lwa, gdyż tak dzisiaj nazywają ją miejscowi. Na jego „ogonie” znajduje się niewielka drewniana wieżyczka obserwacyjna, do której prowadzi z dziedzińca wąski, drewniany pomost.



 Duża część zamku została już niemal całkowicie zrekonstruowana, a wnętrza z ekspozycjami poświęconymi historii zamku i Węgier, zostały udostępnione turystom. Duże wrażenie robi doskonałe wkomponowanie zamku w skałę, a w szczególności wydrążone w kamieniu lochy, służące głownie do składowania tutejszych win. Korzystając z podziemnego labiryntu wychodzimy z zamku dość daleko od głównej bramy. Być może korzystano z niego podczas oblężeń, do organizowania niespodziewanych wypadów do obozu wroga. Jeszcze jedno spojrzenie z parkingu na potężną sylwetkę zamku, którego mroczność podkreślają jeszcze, gromadzące się nad nim ciemne chmury, i ruszamy dalej.

Jakieś trzydzieści kilometrów stąd jest kolejny zamek – Regec, a właściwie jego rozległe ruiny, niestety decydujemy się opuścić tą kolejna górska twierdzę i jedziemy na Tokaj. Im bliżej tej słynnej miejscowości, tym krajobraz staje się coraz bardziej łagodny, a stoki mijanych wzgórz pokrywają rozległe winnice. Przy każdej z nich, w kolebkowo sklepionych piwnicach drzemią słynne tokajskie wina.

Najsłynniejsze z nich to:
- Tokaj Szamorodni (wymawia się Samorodni)- co ciekawe nazwa jest pochodzenia polskiego. Legenda głosi, że nazwę tą nadali temu gatunkowi Tokaju polscy kupcy, zdziwieni, że wino to dojrzewa tak szybko, zanim zdołają dowieźć je do Krakowa – nie leżakując długo - „samo się rodzi!” Produkuje się je z mieszanki tradycyjnych owoców i owoców przeznaczonych pierwotnie do wytworzenia Aszú. Występuje zarówno jako wino wytrawne, jak i słodkie. Często podawane jest jako aperitif.

- Tokaj Aszú. Produkcja tego trunku jest bardzo czasochłonna. Następuje ona według ściśle określonych i bardzo pracochłonnych zasad: owoce zbiera się późno, aby zawierały w sobie największą możliwą ilość cukru. Następnie selekcjonuje się ręcznie grono po gronie, wybierając tylko te najpiękniejsze i nieuszkodzone, by zemleć je i włożyć w odpowiednich proporcjach (zależnych od rodzaju trunku, jaki chcemy otrzymać) do 136 litrowych beczek z Gönc wypełnionych wysokiej jakości białym wytrawnym winem. W przeciągu 36 do 48 godzin z winogron wytrąca się sok, nadający całości specyficznego aromatu i smaku. Po upływie tego czasu wino jest spuszczane i umieszczane w dębowych beczkach, w których dojrzewa 2 lata + ilość lat określonych przez tzw. puttony.

Im dłuższy czas leżakowania - tym słodszy i aromatyczniejszy Tokaj Aszú.
- wina zwykłe stołowe - do ich produkcji przeznaczanych jest około 50-60 % zbiorów rocznych. Wszystkie z nich (Furmint, Hárselvelű, Muscat) produkowane są według technologii tradycyjnej.

Wyśmienity smak Tokaju to zasługa klimatu o charakterze kontynentalnym, a zwłaszcza ciepłej i bezdeszczowej jesieni, umożliwiającej dostatecznie długie dojrzewanie owoców. Południowe i wschodnie szczyty pasma Gór Zemplinskich chronią winnice przed zimnymi wiatrami wiejącymi z północy, a od czasu do czasu przyczyniają się do uzyskania wyższej wilgotności powietrza. Cały region podzielić można na pięć regionów, różniących się między sobą właściwościami klimatu: górę Kopasz, nieckę Madi, nieckę Erdőbényei, nieckę Tolcsvai i Wyżynę Tokajską.
Stolicą tego „winnego zagłębia” jest miasto Tokaj, położone nad brzegiem rzeki Bodrog, tuż przy jej ujściu do Cisy - „narodowej rzeki” Węgrów, u stóp wulkanicznej góry Kopasz – hegy (515 m npm) czyli po polsku - Łysej Góry.

W minionych stuleciach lokalizacja ta zapewniała sprawny transport wyprodukowanych trunków.
Samo miasteczko trochę rozczarowuje. Oto przy głównej, przelotowej i tłocznej, ulicy koncentruje się praktycznie cała zabudowa i życie towarzyskie. Maleńki ryneczek i nieliczne zabytki zdają się nie korespondować ze światową sławą Tokaju. W centrum stoi kościół zbudowany w 1909 roku, a nieopodal niego wejście do najstarszych w Tokaju piwnic Rakoczych, gdzie za odpowiednia opłatą można spróbować 6 gatunków tutejszych win. Przed piwnicami Rakoczych stoi sympatyczna fontanna, przedstawiająca siedzącego na beczce boga wina – Bachusa.



W kamienicy przy ulicy Behtlen 7 mieści się Muzeum Tokajskie, z interesującymi ekspozycjami regionalnymi. W pobliskiej późnobarokowej cerkwi greckokatolickiej mieści się Galeria Tokajska zaś w restaurowanym aktualnie, dominującym nad starówką budynkiem dawnej synagogi powstaje nowoczesne centrum kultury. Na drugim brzegu zamku resztki dawnego zamku i niewielki kikut.

Przy głównej ulicy samego miasta oraz w okolicznych wioskach liczne piwnice winne, w których można dokonać zakupu miejscowego wina, sprzedawanego najczęściej w plastikowych, półtoralitrowych butelkach, którego cena wacha się zależnie od gatunku od 700 do 1300 forintów.


Miejscowość oferuje turystom również rejsy statkiem wycieczkowym po Cisie, a szeroka baza noclegowa począwszy od kampingów po niezłe pensjonaty, zaspokaja potrzeby turystów, Niestety, podobnie jak i w innych okolicznych miejscowościach, trudno o informację w jakimkolwiek obcym języku. Zadziwiające jest to, że nawet w tak znanym i popularnym miejscu, jakim jest Tokaj, nawet ludzie młodzi rzadko znają choćby angielski. Jest to szczególnie kłopotliwe zwłaszcza przy zamawianiu posiłków, co czyni je pewnego rodzaju loterią – niestety fantową …
Z Tokaju udaliśmy się do Sarospatak, ostatniej już miejscowości dzisiejszego dnia podróży. Jedną z dróg prowadzącą Sarospatak prowadzi przez niewielką wieś Szabolcs, niegdyś tak potężna i ważna, że od niej nazwę wziął cały komitat, dziś popadająca w ruinę i zapomnienie. Wspomnieć należy o niej z jednego tylko powodu - znajduje się tu jedyna zachowana na Węgrzech forteca ziemna z IX wieku, uznawana za jedną z pierwszych stałych osad powstałych w kraju po zajęciu go przez madziarskie plemiona.

Kilka wysokich ziemnych wałów, nazywanych eufemistycznie "zamkiem" - to wszystko, co się po niej zachowało. W przeszłości wznosił się tu drewniany gród, zbudowany z potężnych bali dębowych uszczelnianych żyzną glebą z terenów zalewowych Cisy (według historyków stanowił on siedzibę madziarskich wodzów plemiennych), dziś o jego świetności przypomina jedynie pomnik postawiony w tysięczną rocznicę ustanowienia państwa węgierskiego. Dostępu do niego strzeże mosiężny wojownik, mający przypominać dzielnych wojowników madziarskich, choć jego twórca dość swobodnie przestawił elementy tradycyjnego stroju i uzbrojenia z tego okresu.

I wreszcie Sarospatak, miasto wita nas lekki deszczem i pustkami ulic centrum i starówki. To niewielkie dziś miasto, odgrywało w średniowieczu ważną rolę w życiu intelektualnym kraju, a to za dzięki mieszczącemu się w nim Kolegium Kalwińskiemu; oraz rodowej siedzibie słynnego rodu Rakoczych dawnej świetności miasta świadczy zamek, łączący architekturę gotycką, renesansowa i dziewiętnastowieczną. Front przypomina typowy pałac klasycystyczny i dopiero po wejściu na dziedziniec widzimy kwadratową bryłę wysokiej, gotyckiej twierdzy, oraz dobudowane do niej renesansowe skrzydło. W zamku można zwiedzić kilka ekspozycji, w tym lapidarium romańskie i gotyckie oraz ekspozycje prezentującą produkcje Tokaju.
Jako sympatyczny atraktor ustawiono na zamkowym dziedzińcu doskonałą replikę siedemnastowiecznego działa.

Ozdoba miasta jest również piętnastowieczny, gotycki kościół, wielokrotnie przebudowywany, a po ostatnim pożarze obniżono i przebudowano sklepienie. Spowodowało to znaczne odchylenie się kolumn podtrzymujących strop, względem pionu. W skromnym dość wnętrzu można zobaczyć barokowy ołtarz główny, pochodzący podobno z Budy, czarna madonnę w prawym ołtarzu oraz liczne marmurowe i kamienne epitafia. Przed kościołem rzeźba przedstawiająca urodzoną w tym mieście, św. Elżbietę na koniu, nawiązująca do licznych podróży księżniczki z Sarospatak do Wartburga, gdzie wyszła za mąż za księcia Turyngii. Zasłynęła ona pod mianem „dobrej pani”, jako że powszechnie znana była z ogromnej dobroczynności. Na obrazach przedstawiana jest często z kwiatami w fartuchu, zwykle różami. Jest to nawiązanie do legendy, według której mąż Elżbiety oraz jej teściowa zakazali księżniczce rozdawania chleba ubogim. Gdy złapano ją raz na „gorącym uczynku” we fartuszku znaleźli tylko kwiaty, pomimo, że był to środek zimy.

Przy ulicy Rakoczego, pod numerem pierwszym znajduje się słynne Kalwińskie Kolegium, w którym nauczał wybitny czeski uczony – Jan Amos Komenius. Szkoła została założona w 1531 roku przez Petera Pereny, a do rangi kolegium podniósł ją jego syn Gabor. Dzięki jej wysokiemu poziomowi nauczania, Sarospatak doczekał się zaszczytnego miana „Aten nad Bodrogiem”.
Po tak wielkiej dawce historii udajemy się w kierunku basenów termalnych, z zamiarem zdobycia noclegu i wymoczenia „doczesnych członków w 38 stopniowej wodzie. I tu niespodzianka. Niestety baseny termalne czynne są tylko do godziny osiemnastej, co dawałoby nam jakieś 20 minut przyjemności, niestety w cenie całodziennego pobytu. Porzucamy zatem myśl o kąpieli, przenoszą ją na dzień następny i udajemy się na poszukiwanie kwater bądź miejsca na rozbicie namiotu.

Po wielu perypetiach z trudnym bądź, co bądź dla nas językiem węgierskim, udaje nam się zdobyć, za stosunkowo niewielką cenę – jakieś dwadzieścia złotych z drobnym okładem, niezłe, czyste i schludne, acz nieco klaustrofobiczne pokoiki, na kampingu położonym naprzeciwko basenów. Jedyną ich niedogodnością były wspólne toalety, położone piętro niżej, lecz cena i czystość rekompensowały wszystko. Warto tu podkreślić, że tyle samo trzeba byłoby zapłacić za rozbicie namiotu na kampingu leżącym zaraz przy basenach (!).
Po zakwaterowaniu wychodzimy ponownie na miasto w celu zainstalowania się w jakiejś przytulnej knajpce. O dziwo, w niedzielny wieczór udaje nam się to dopiero po przeszło półgodzinnym włóczeniu się po starówce. Wszystkie lokale pozamykano „na cztery spusty” jak by przez miasto miały przejść obce wojska, jeźdźcy apokalipsy albo wszystkie plagi egipskie naraz.  Natrafiamy na jakąś ukrytą głęboko w bramie cukiernię, gdzie kosztujemy słynnego Tokaju Szamorodni.

Ostatecznie dzień kończy się na kilku, spożytych już w hotelu, lampkach Furmintu, pochodzącego z przydomowej winnicy, który nabyliśmy jeszcze w Tokaju.

Poranek dnia poprzedniego budzi nas rześkim słońcem, które wpada do pokoju przez duże okno w stromym dachu. Chciałoby się jeszcze porozkoszować drzemką w pościeli, jednakże program zwiedzania jest napięty, a chcielibyśmy zobaczyć możliwie jak najwięcej się da. O ósmej godzinie, jako jedni z pierwszych wchodzimy na tutejszy termalny basen. Fakt braku jakiejkolwiek informacji w którymś z „europejskich” języków przestał nas już dziwić. Obiekt jest niewielkich rozmiarów, kilka basenów, w tym jeden termalny, z jacuzi i hydromasażami, oblężonymi przez rzesze wczasowiczów, czekających na rozpoczęcie się piętnastominutowego okresu funkcjonowania tych ostatnich i rzucającymi się na nie, niczym obywatele PRL-u na sprzęt AGD. Parę brodzików dla dzieci, a także jeden pełnowymiarowy basen pływacki, ze zwykłą, nie termalną wodą. Tutejsza mała gastronomia rozkłada się również nader powoli. Już po godzinie od otwarcia kąpieliska pojawiają się pierwsi gestorzy, lecz aż do dziesiątej, czyli do czasu opuszczenia przez nas Sarospataku, żadne stoisko nie oferowało praktycznie nic, oprócz papryki, napojów i … To już właściwie chyba wszystko.

Dużym zaskoczeniem był także brak jakiejkolwiek kuchni narodowej, nie mówiąc już o regionalnej. Została ona wyparta przez różnego rodzaju hot-dogi, pity, kebaby itp. Jedynym zatem regionalizmem były ich dziwnie, z węgierskie brzmiące nazwy. Przyszło nam jeszcze powielekroć spotkać się z takim menu, co dziwi, tym bardziej, że węgierska kuchnia słynie w całym świecie ze swych doskonałych potraw. O dziwo pierwszy, smaczny gulasz udało na mię zjeść dopiero w niewielkim barze w Miszkolcu, a drugi zaraz za węgierską granicą, w słowackiej Domicy. Warto przy okazji wspomnieć, że ta znana także w Polsce potrawa, była podstawą menu węgierskich pasterzy wołów, tzw. gulyás, od których wzięła swoją nazwę. Dlatego też prawdziwy gulasz musi być oparty o mięso wołowe i przyprawiony sowicie wspaniałą, pikantna papryką. (Węgry jako naród koczowniczy rozróżniają trzy rodzaje pasterzy: csikós – pastuch koni, kondás – pastuch świń i wspomniany już gulyás – czyli pasterz i wołów.

Po smaczniejsze jedzenie i leprze wody udaliśmy się do odległego o czterdzieści kilometrów Miszkolca. Sukcesywnie, w miarę posuwania się na południe, góry łagodniały, ustępując miejsca Nizinie Panońskiej. Jeszcze krok i puszta – środkowoeuropejski step, pomyślałem. Ale to niestety innym razem. Przez tłoczny, niespełna dwustutysięczny Miszkolc przejechaliśmy bez zatrzymania (nie licząc oczywiście świateł) kierując się do słynnej Topolcy. Pierwsze wrażenie również nie było najlepsze, tłoczny, kiepsko oznakowany kurort, w którym ciężko znaleźć miejsce na parkingu. W końcu udało nam się zostawić auto w strefie płatnego parkowania, która nota bebe obejmuje praktycznie cała miejscowość. Trzeba jeszcze zlokalizować najbliższy parkometr i wykupić kartę postojową. Po jakimś czasie jest – spore, nowoczesne urządzenie, wielkości jednodrzwiowej szafy, z całym wachlarzem możliwości postojowych do wykupienia, szczegółowo opisanych – po … węgiersku (!)

Nagle jak spod ziemi pojawił się parkingowy, w koszulce tutejszego bodajże parku narodowego, który niezłym, słowacko-polskim volapikiem „obznajomił nas z ustrojstwem” a na koniec zaproponował przekazanie mu pieniędzy… osobiście, za co on popilnuje samochodu dokładniej niż jakiś tam parkometr i o połowę taniej.

Mieliśmy pewne wahania, czy zaufać temu „życzliwemu” człowiekowi, ale zauważywszy, że „bardzo mu na tym zależy”, my zaś pozostawiamy go sam na sam z naszym samochodem, przystaliśmy na ta usługę.

Szczęśliwie samo kąpielisko zrekompensowało nam dotychczasowe przygody. Wspaniałe, czyste i nowocześnie urządzone hol, łazienki, przebieralnie, etc. Już na wstępie robiły korzystne wrażenie. Jednakże po wyjściu z przebieralni na taras, już wewnątrz pierwszego z basenów, oczom naszym ukazał się widok wręcz jak z bajki. Oto z wysokiej na kilkanaście metrów skały wytryska kilka biczów wodnych, spadając na głowy i plecy stojących w płytkim basenie kuracjuszy. Na lewo od nich basen staje się głębszy, ok. 120 cm, i prowadzi w głąb labiryntu skalnych jaskiń. Na lewo od wejścia do nich jeszcze jeden, niewielki, okrągły basenik, w którym siedzą osoby zażywające wytryskującego z podwodnych ławek i podłogi jackuzi. Zagłębiamy się w skalny labirynt grot. Podświetlona od dołu woda w jaskiniach tworzy niezwykły nastrój. Co chwila ze ścian wypadają jakieś wodne bicze, które szerszym lub węższym strumieniem chłoszczą gromadzących się pod nimi ludzi. Miejscami woda cieknie po skale, zdając się, jak by naturalnie przeciekała przez kamień, z jakiegoś niewidzialnego, ukrytego za ściana zbiornika. Ciepła, 38 stopniowa woda powiększa przyjemność podziemnego spaceru. Jedna z grot zwieńczona jest kopułą na kształt meczetu, co przywodzi na pamięć tureckie łaźnie. Strop pokrywają błyszczące światłem z wody gwiazdy. Kolor wnętrz zmienia się, zależnie od lamp, które świecąc pod wodą, mienią się całą gamą kolorów. To niezwykłe, kopulaste sklepienie powoduje wspaniałą akustykę we wnętrzu, co niestety skwapliwie wykorzystują rozwrzeszczane, chlupiące się w wodzie dzieciaki. Po przejściu szeregu tajemniczych komnat wychodzimy na światło dzienne, tu również różnorodne baseny termalne zapełniają areał uzdrowiska. Teren rekreacyjny zamyka pogrążone w parku jeziorko, na którym zainstalowano drewniane pomosty dla opalających się. Po 2 godzinach pławienia się w termalnych basenach korzystamy z działającego na miejscu baru szybkiej obsługi, gdzie szybko i smacznie można zjeść i uzupełnić płyny. Siedząc i pijąc tutejszą wodę mineralną słuchamy jakiegoś, jak się zdaje ważnego, komunikatu, powtarzanego trzykrotnie, z którego rozumiemy tylko Fidelem (uwaga) oraz kösönöm (dziękuję). Zastanawiamy się, czy to nie jest informacja na przykład następującej treści: „Fidelem! Właściciel białej Łady z Polski o numerach rejestracyjnych xxx stojącej na parkingu przed wejściem, proszony jest o przepakowanie samochodu, w przeciwnym razie zostanie on odholowany na podmiejski parking strzeżony na koszt właściciela kösönöm… ”.

Z żalem opuszczamy to urocze miejsce, udając się w godzinach wieczornych na nocleg do oddalonego o jakieś 50 kilometrów na północ Aggatelek
W planach mamy jeszcze zamek w Diósgyör. Gdy dojeżdżamy muzeum jest już niestety nieczynne. Podziwiamy jednak wspaniałą budowlę XIII wiecznego zamku, rozbudowywanego aż do siedemnastego stulecia, kiedy to w 1678 roku jeden z powstańczych generałów węgierskich wysadził ją w powietrze, by nie dostała się w ręce Austriaków. Po rekonstrukcji rozpoczętej w 1953 roku, przybrał kształt, który można podziwiać dzisiaj. Jest to smukły zamek na rzucie kwadratu, którego narożniki wieńczą nieproporcjonalnie wysokie baszty. Zamkowy dziedziniec słynie z doskonałej akustyki, dlatego tez odbywają się tu liczne koncerty. Akuratnie tego dnia miał miejsce rycerski turniej, lecz gdy przybyliśmy, świadczyły o nim tylko dekoracje, zbierający się łucznicy i wiszący na ogrodzeniu plakat. Nie mając już czasu na zwiedzenie pobliskiego Lillafüred, kurortowej dzielnicy miasta ze wspaniałym hotelem pałacowym oraz wodospadem Szica i jaskinią Anna-barlang i Istvan-barlang, jedziemy w kierunku Aggatelek, przejeżdżając przez historyczne centrum Miszkolca. Tym, którzy zatrzymają się w Miszkolcu na dłużej, polecam zwiedzenie późnobarokowej cerkwi unickiej, w której znajduje się liczący sobie siedem rzędów i aż 16 m wysokości ikonostas, będący prawdziwą perełką artyzmu. W nawie bocznej możemy zobaczyć cudowną ikonę Matki Bożej Kazańskiej, podarowaną świątyni przez carycę Katarzynę II, podczas jej pobytu w Miszkolcu, po drodze do Wiednia. Symbolem miasta jest również Avasi templom, najstarszy kościół w mieście, pochodzący z XIII wieku, później kilkakrotnie przebudowywany, który poprzedza smukła, pokryta gontem dzwonnica. Nad izbicą znajduje się wkomponowany w dach wielki zegar z kurantami. Zabytki samego Miszkolca wymagają osobnego omówienia, warto jednak wspomnieć jeszcze późnobarokowy Kaks templom, najstarszy w kraju pomnik Lajosa Kossutha, wzniesiony zaledwie 4 lata po jego śmierci, muzeum Herman Otto, z najbogatsza w kraju kolekcja archeologiczną oraz galerią malarstwa węgierskiego i innymi wystawami.

Nad miastem góruje 72 metrowa wieża telewizyjna, posadowiona na górze Asas, na której szczycie znajduje się taras widokowy, oferujący wspaniałą panoramę na miasto i okoliczne wzgórza.
Jedziemy już zdecydowanie na północ, skręcamy jednak z głównej drogi, by zobaczyć jeszcze przed zachodem słońca XIII wieczną bazylikę we wsi Boldwa. W znajdującym się tu niegdyś klasztorze Benedyktynów powstał tzw. Kodeks Pray, z którego pochodzi najstarszy zabytek języka węgierskiego – mowa pogrzebowa. W oddalonej o siedem kilometrów miejscowości Edeleny, mijamy barokowy pałac L’Huiller-Coburg, szósta co do wielkości, tego typu rezydencja na Węgrzech.

Ostatnim punktem, który oglądamy już w gasnącym, wątłym świetle wieczoru jest dwunastowieczny kościół z trzynastowiecznymi freskami figuralnymi przedstawiającymi legendę o św. Małgorzacie Antiocheńskiej. Późniejszą nawę zamyka doskonale wyodrębniona z bryły dawna rotunda z absydą.
Nocą przejeżdżamy obok drugiego z wejść do jaskini Bradla, znajdującego się powyżej wsi Józafatö i dojeżdżamy do nadgranicznej miejscowości Aggatelek. Zupełnie wycieńczeni wchodzimy na recepcję, gdzie znów jedyną płaszczyzną kontaktu jest pismo obrazkowe i cyfry arabskie. W efekcie dwudziestominutowej rozmowy ustalamy, że wolnych pokoi w schronisku nie ma, domki wychodzą za drogo więc decydujemy się na rozbicie namiotu.
Po zainstalowaniu się na kampingu robimy sobie kilka fotek na tle wspaniałej, wapiennej skały sięgającej kilkudziesięciu metrów wysokości, u której stóp znajduje się wejście do jaskini Bradla. Doskonale podświetlona zdaje się być o wiele większą niż jest w rzeczywistości.
Nie zrobiliśmy niestety zakupów, a kolejna słynna miejscowość turystyczna, jaką jest Aggtelek, znów zaskakuje zamkniętymi przedwcześnie sklepami i barami. Pozostaje tylko czekolada, salami i twarde jak skała z tutejszego krasu, kupione jeszcze w Sarospatak precle.
Na szczęście na osłodę jest pozostały z wczoraj Tokaj Furmint. Zresztą i tak nie mamy nic innego do picia.

 Poranek budzi nas rześkim chłodem. Musimy „zwinąć” się szybko, by zdążyć na pierwsze wejście do jaskini Bradla, które jest o ósmej godzinie. Mamy bowiem cały dzień pełen pomysłów na zwiedzanie i szkoda tracić czasu na wylegiwanie i śniadanie…. Na które zresztą i tak nic nie mamy, a bary, które wczoraj były już nieczynne, dziś nieczynnymi są … jeszcze. Nie zmieni się to aż do 10.30 kiedy to opuścimy Aggtelek. Przed jaskinia zbiera się niewielka grupa chętnych, może jakieś sześć lub siedem osób. To nawet lepiej, będzie mniejszy tłum w jaskini i zwiedzanie pójdzie sprawniej. Skała, pod którą stoimy wydaje się być znacznie mniejsza, niż wyglądała nocą, podświetlona sztucznym światłem. Mimo tego wapienny potwór wygląda groźnie i dostojnie. Po jakimś czasie przychodzi przewodniki i otwiera „wrota piekieł”. Od wejścia uderza wilgotny chłód i przenikliwa, zdawałoby się lepka ciemność. Nagle lampy oświetlają wnętrze. Naszym oczom ukazują się niezwykłe groty, w których aż roi się od „baśniowych stworów” utworzonych przez skalne nacieki. Mienią się różnymi barwami, z których dominują: biel skały i ruda czerwień nacieków. Sale przerażają swym ogromem i zachwycają wystrojem wnętrza. Aż dziw, że natura mogła być aż taką estetką. Stalaktyty, stalagmity, stalagnaty o różnych, oryginalnych nazwach, tworzą coś na kształt wnętrzności jakiegoś potwora. Odbieram wrażenie jakbym przeżywał przygody Jonasza w brzuchu wieloryba. W jednej z największych sal. O doskonałej akustyce urządzona jest sala koncertowa. Przewodnik puszcza muzykę – faktycznie – efekt jest zapierający dech w piersiach. A zatem matka natura ma również słuch muzyczny. Po godzinie opuszczamy ten zaczarowany świat, wychodząc przez bramę z drugiej strony góry.

 Nasz spacer po Bradli, to standardowa, wycieczka turystyczna. Prawdziwi koneserzy jaskiń mogą na specjalne życzenie wędrować labiryntem Gemerskiego Krasu nawet siedem godzin (!) oczywiście z przewodnikiem. Bez niego czas spaceru niewątpliwie znacznie by się wydłużył… Łączna długość jaskini to aż 25 km.

 Gdy opuszczamy ta turystyczną wioskę, zaczynają rozkładać towar tutejsi pamiątkarze. Ich oferta nie odbiega dalece od tego, co możemy spotkać w Solinie, no może nie ma delfinków…

 Z parkingu do granicy jest zaledwie 500 metrów. Podchodzi do nas węgierski strażnik i z uśmiechem mówi płynną polszczyzną: „Dzień dobry. Poproszę paszporty. Nie ma pan lewego światła. Dziękuję. Miłej drogi”. Słowacki strażnik tylko z uśmiechem macha ręką by jechać dalej. Po przejechaniu następnego kilometra jesteśmy przed wejściem do znanej nam już jaskini, znajdującym się po stronie słowackiej. Zmienię się tylko nazwa, tutaj jest to Jaskinia Domica. Zmianie ulega również nazwa gór to, co przed chwila było Gemerskim Krasem, tu zamieniło się w Kras Słowacki.
 Na parkingu kolega wymienia feralną żarówkę, i udajemy się do najbliższej budki gastronomicznej, na tak długo szukany na Węgrzech gulasz. Oczywiście jego Słowacja odmiana jest znacznie mniej pikantna i można by powiedzieć słodsza. Przypadkiem, dowiadujemy się od parkingowego, że w Domicy uruchomiono w tym sezonie „plavbę”, czyli możliwość zwiedzania części jaskini akumulatorowymi łodziami, bezszelestnie przecinającymi wody podziemnej rzeki, o wymownej nazwie Styx. Przez ostatnich kilkanaście lat atrakcja ta nie była dostępna, z powodu niskiego stanu wody.
 Kolega, który tę część Słowacji trochę już schodził proponuje: albo wchodzimy do Domicy, albo tez spróbujemy zdążyć do słynnej Dobszińskiej Jaskini Lodowej, oddalonej o jakieś 90 kilometrów jazdy przez górzyste Słowackie Rudohorie. Nie waham się długo: Bradlę już widziałem z drugiej strony, ale lodowa jaskinia! I to mająca opinię jednej z najpiękniejszych na świecie. Kolega podsyca apetyt stwierdzeniem, że jako jedyna z udostępnionych jaskiń Słowacji jest czynna tylko w okresie letnim. Oczywiście, jedziemy do jaskini lodowej! W Plešivcu włączamy się do głównej drogi wiodącej do Koszyc. Imponujące wrażenie robią skaliste, strome urwiska, oraz ogromne kopalnie odkrywkowe Plešivca. Praktycznie rozbierane są dla pozyskania rudy żelaza całe, przeszło stumetrowej wysokości wzgórza, pocięte teraz tarasami, niczym chińskimi poletkami ryżowymi.
 W Rożniawie skręcamy na północ. Z daleka majaczy sylwetka zlokalizowanego na szczycie góry, odległego od miasta o jakieś 5 kilometrów zamku Krasna Horka. To wspaniała rezydencja rodu Andrassych, którego początki sięgają 1329 roku. Dionizy Andrassy urzadził tu rodzinne muzeum, które zostało udostępnione zwiedzającym w 1910 roku. Po 1945 zamek przejęło państwo i po dokonaniu kolejnych remontów stworzono atrakcyjne muzeum prezentujące życie codzienne minionych epok, zbiory zabytkowych mebli, broni, wyrobów szklanych, ceramiki itp. Niecodziennym eksponatem jest zmumifikowane ciało Zofii Andrassy-Seredy, której osoba była nota bene inspiracją powieści „Biała Pani z Lewoczy Mora Jokaia. Poniżej zamku znajduje się interesujące Mauzoleum Andrassych, zbudowane w 1904 roku, będące jednym z najpiękniejszych na Słowacji przykładów architektury secesyjnej.

 Omijamy Rożniawę obwodnica pozostawiając z tyłu to nieco senne, dwudziestotysięczne miasteczko, w którym oprócz kilku stosunkowo niezłych zabytków, z których bodaj najciekawsza jest siedemnastowieczna wieża ratuszowa, z możliwością wyjścia na górna kondygnację, działa interesujące muzeum górnictwa, które w minionych wiekach było podstawa bogatą tego regionu.

 Za miastem droga staje się coraz bardziej kręta i stroma, a po przejechaniu przez Dobšinę, pnące się coraz wyże serpentyny zdają się nie mieć końca. Rekompensują to jednak wspaniałe widoki, jakie roztaczają się po każdym, pokonanym zakręcie. Na szczycie, poniżej krzyżówki dróg w kierunku Strateny i Młynek, znajduje się świetny punkt widokowy, wzbogacony o drewniana platformę z opisem widocznych w oddali szczytów.
 Zjeżdżamy w malownicza dolinę Hronu, by po kilkunastu kilometrach i minięciu jednego z kilku tutejszych tuneli, dojeżdżamy do parkingu pod słynną Lodową Jaskinią. Watro wspomnieć, że wiodąca pomiędzy wysokimi, wapiennymi skałami wąskiej doliny droga, sama w sobie jest dużą atrakcją turystyczną. Szczególnie interesujący jest przejazd koleją na tej trasie, gdzie pociąg przejeżdża prze kilka tuneli, a pod koniec trasy robi w środku góry, prawdziwą pętlę, wytracając tym samym wysokość. Na stacji Telegart, pierwszej za tunelem wyjeżdża jedynie lokomotywa, gdyż zaraz za niewielkim budynkiem stacyjki jest most, a na nim pociąg zatrzymywać się nie może. Dlatego też pasażerowie wysiadają z wagonów jeszcze, w pogrążonym w mroku tunelu kolejowym.

 By dotrzeć z parkingu do jaskini, trzeba wspinać się stromą ścieżką ok. 20 minut. Jednakże dobrze oznakowany szlak powoduje, że trafienie doń nie stanowi żadnego problemu. Zresztą ciągle posuwają ku górze liczne rzesze turystów, którzy chcą zobaczyć ten osławiony „cud natury”, toteż o zgubieniu drogi nie ma praktycznie mowy. Bardzo korzystne wrażenie robi już sam budynek kasy pamiątkowej i wejścia do jaskini. Wybudowany z drewna dobrze koresponduje z otoczeniem, czego nie można powiedzieć o wcześniejszej Domicy. Po kupieniu biletów spotyka nas jeszcze jedna miła niespodzianka. Oto bowiem, dziesięć minut po każdym zwykłym wejściu z przewodnikiem, uruchomiono wejście z przewodnikiem polskojęzycznym, co nie wiąże się, jak wielu innych jaskiniach, z koniecznością uiszczenia dodatkowej opłaty.

 Nadchodzi nasza godzina wejścia, otwierają się drzwi, z których powiewa chłodem, całe szczęście, że wzięliśmy dodatkowe okrycia. Wnętrz przechodzi najśmielsze oczekiwania. Długie i kręte lodowe korytarze, sale szklące się od odbitego w lodowych stalagmitach światła – po prostu bajka! Od razu przychodzi mi na myśl andersenowski pałac Królowej Śniegu… W jednej z sal, przewodnik objaśnia, że na znajdującej się tu tafli lodowej, ćwiczyła jeszcze w latach pięćdziesiątych, dwudziestego stulecia, reprezentacja Czechosłowacji w jeździe figurowej na lodzie – taka naturalna hala lodowa.

 Ciekawostką, jest również fakt, że oświetlona w 1887 roku jaskini, była pierwszą na świecie, oświetloną światłem elektrycznym.
 Wejście znajduje się na wysokości 969,5 m npm , na zboczu szczytu Duča, i wprowadza w korytarze, których łączna długość osiąga 1232 m. zaś temperatura w jej wnętrzu nigdy nie przekracza 0 stopni Celsjusza. Jak informuje przewodnik, łącznie znajduje się tutaj 110 000 m lodu – niezła lodówka!

 Powracamy na parking, wokół którego roi się od barów, kawiarenek i restauracji. Trzeba przyznać, że można tu zjeść dobrze, tanio i skosztować regionaliów. Także oferowane w butikach pamiątki o dziwo nawiązują do regionu, wiele z nich jest bardzo pomysłowych, a ceny odpowiadają zapotrzebowaniu turysty na drobny souvenir z jednego ze zwiedzanych miejsc, a nie zakup prezentu na wesele kuzyna.

 Opuszczamy miejscowość i droga nad malowniczym zalewem w Dedinkach, poprzez Mlynki kierujemy się na Nową Spiską Wieś. By tu jednak dotrzeć trzeba pokonać dziesiątki kilometrów, wąskiej i krętej drogi wiodącej przez środek Słowackiego Raju. Chwilami powiewa groza, liczne osuwiska, wąska jezdnia, kilkudziesięciometrowe urwiska i … całkowity brak barier. Adrenalina rośnie zwłaszcza podczas wymijania się z Tirem lub autobusem – to o wiele lepsze od Diabelskiego Młyna na wesołych miasteczkach, o których pamiętam z dzieciństwa, że wychodziłem pełen wrażeń, za to z pustym żołądkiem….

 Po karkołomnej jeździe docieramy do Spiskiej Nowej Wsi, która wbrew swojej nazwie, jest dość pokaźnym miastem, o pięknie zagospodarowanej starówce i charakterystycznym wyjątkowo długim, wrzecionowatym rynkiem. Największą ozdobą jest gotycki, czternastowieczny kościół Najświętszej Marii Panny, którego wieża sięga wysokości 87 metrów, co czyni go najwyższą świątynią na Słowacji. W górnej części wieży ustawione zostały rzeźby świętych, mające ponadnaturalną wielkość, co dodaje jej szczególnego uroku. Wewnątrz podziwiać można piętnastowieczne polichromie oraz bogate, wyposażenie z różnych epok. Warte uwagi są także inne budowle, takie jak Dom Prowincialny, gdzie swoją siedzibę miała niegdyś władza dawnej prowincji 16 miast spiskich, podlegających od czasu panowania, znanego z niekonwencionalnych posunięć ekonomicznych Zygmunta Luksemburczyka, pod administrację polską. On to bowiem, w 1412 roku, potrzebując pieniędzy na „wojny weneckie” zastawił u Władysława Jagiełły 13 miast Spiszu (ostatecznie liczba ta doszła 16) za pożyczkę w wysokości 37 tysięcy kóp groszy praskich.
 W 1918 roku Słowacy przekazali Polakom, w formie symbolicznej rekompensaty w formie rekompensaty 16 spiskich wiosek za Dunajcem, w tej liczbie również słynna Niedzicę.

 W centrum rynku znajduje się jeszcze kościół ewangelicki, i teatr miejski. Zaś w parku miejskim zlokalizowane jest niewielki ogród zoologiczny.
 W Nowej Spiskiej Nie zabawiamy, jeszcze tylko wymiana waluty, której zaczyna nam brakować i pierogi ze skwarkami, w niedrogim barze, przypominającym nieco klimatem minioną epokę. Jednakże na cenę ani jakość nie można narzekać.
 Dalej droga wiezie przez Lewoczę, która właśnie z drogi od południowej strony, prezentuje się najokazalej. Z daleka widać pokryte dachówką zabytkowe budynki starówki, okolone nieźle zachowanym murem miejskim. Nad miastem bieleje na wzgórzu kaplica na Mariańskiej Horce, tutejsze, popularne sanktuarium maryjne. Lewoczę omijamy jednak przejeżdżając pod murami i przed Brama Koszycką. Chcemy zdążyć do Spiskiego Hradu, jeszcze przed jego zamknięciem. W Lewoczy byłem w lutym, kiedy jechaliśmy w Tatry, wtedy też zwiedziłem miasto. Niestety Spiskiego Hradu nie mogłem zobaczyć, gdyż gęsta mgła zasłaniała tę potężną warownię, zaś w okresie zimowym zamek jest zamknięty i nie udostępniany turystom.
 Lewoca, to miasto zasługujące nie tylko na osobny artykułów, ale i przewodnik. To najbogatsze z dawnych miast spiskich wręcz najeżonej jest bezcennymi zabytkami architektury. Najciekawszym z nich jest gotycki kościół św. Jakuba, w którym znajduje się ołtarz dłuta majstra Pawła z Lewoczy. Ma on wysokość 18,62 m, co czyni go najwyższym ołtarzem gotyckim na świecie (!)

 Zanim dojedziemy do spiskiego zamczyska, zatrzymujemy się jeszcze na trawertynowym wzgórzu Siva Brada, zwieńczonym kapliczką, poniżej której znajduje się interesujące wywierzysko krasowe, wyrzucające wodę na kilkanaście centymetrów powyżej ziemi, wydając się być niewielkim gejzerem. Kilkanaście metrów dalej, przy samym parkingu obetonowana rurka, z której wycieka okropnie zasiarczona woda, o charakterystycznym zapachu i smaku zgniłych jaj. Nieco podobna do naszej krynickiej wody Zuber, o której mieszkańcy Krynicy opowiadali niegdyś taką anegdotę, jak to przychodzi kuracjusz na konsultacją do lekarza i zwierza się, że po wodzie Zuber strasznie mu się odbija jajami. Na to zdziwiony doktor odpowiada: Dziwne, wszystkim dotąd odbijała się ustami…”

 Region spiski bogaty jest w takie „cudowne wody”, choć trzeba przyznać, że przy źródełkach ustawiają się całe rzecze amatorów tej wody mineralnej, którzy przyjeżdżają po nią z całymi koszami plastikowych butelek, utrzymując, że doskonale robi ona na wszelkie schorzenia, w szczególności układu trawiennego. Trzeba przyznać, że nam też bardzo pomogła. Już po kubku tej wody, długo nie chciało nam się pić, a to tej z przyczyny, że każda myśl o jakimkolwiek napoju, przywodziła na myśl ten „smak zdrowia”.

 W miarę jak samochód zbliżał się do Spiskiego Hradu, jego potężna, biała sylwetka zdawała się rosnąć w oczach. Ogrom murów tego zamczyska mógłby śmiało objąć sanockie Śródmieście wraz Błoniami. U jego stóp pojawiły się nagle wieże kościołów w Spiskim Podgrodziu, a na prawo od nich, nieco powyżej, smukła sylwetka Kapituły Spiskiej, dawnej siedziby biskupiej, na która składa się trójnawowa, romańsko-gotycka katedra, pałac biskupi wieża zegarowa i praktycznie całe miasteczko, otoczone miejskimi murami.

 W czasie jazdy niemal bez przerwy robie zdjęcia, z kaczego miejsca. Praktycznie, co kilkadziesiąt metrów połyskująca w słońcu bielą wapieńca forteca, zdaje się przybierać inne kształty. W końcu skręcamy na parking położony na szczycie góry u stóp zamczyska.
 Niemal wbiegamy na górę, nie będą pewni jak długo jest on otwarty. Kolega, który hrad zna lepiej, niż jakikolwiek zamek w Polsce, (wliczając w to zamek sanocki) pozostaje na dziedzińcu, informując mnie tylko pośpiesznie, gdzie i co na górnym zamku należy zobaczyć. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że obiekt jest oszałamiający. Trwające od lat prace rekonstrukcyjne powoli przywracają mu dawną świetność, która i na obecnym etapie robi wrażenie. Najpierw udaję się na stołp, główną wieżę zamkowa. Ukryte we wnętrzu ściany, wąskie korytarze pną się stromo, wytartymi stopniami ku górze. Widok z wieży nie ma sobie równych. Widać stąd cały Spisz, Od Tatr po Branisko, od Gór Wolowskich i Słowackiego Raju aż po Góry Lewockie. Z góry widać tez doskonale ogrom budowli, oraz kręte uliczki spiskiego Podgrodzia i wieże katedry w Kapitule Spiskiej. Aż żal schodzić powrotem. W dawnej kaplicy gotyckiej urządzono niewielkie lapidarium tego, co zostało z dawnej kamieniarki. Pozostałe pomieszczenia kryją ekspozycje prezentująca historie zamku, począwszy od prasłowiańskiej osady, aż po wiek XVIII, kiedy to po pożarze został opuszczony przez rodzinę Csaky. Interesująca jest sala z wystawą dawnej broni, w której, chyba tylko dla dekoracji, ustawiono przeciętnej roboty kopie renesansowych zbroi.
Dobrym pomysłem są zorganizowane przy wejściu stoiska z pamiątkami, wyrobami miejscowych rzemieślników (chodzących w regionalnych strojach) oraz prowadzone przez szefa miejscowego bractwa rycerskiego stoisko, na którym można nabyć repliki dawnej broni białej, zrobić sobie zdjęcie w zbroi, strzelić z łuku, kuszy, bandoletu a nawet sporego działka. Każda z tych atrakcji kosztuje zaledwie 20 koron, czyli praktycznie symboliczna złotówkę.

Pragnienie gasimy czapowaną, czyli lana z pipy tzw. Kofolą, napojem będącym od dziesiątek lat słowackim odpowiednikiem Polococty. Smakiem przypomina nieco wodę z popłukanego pudełka po karmelkach, ale ma dwa inne niekwestionowane walory, jest tania i bardzo zimna!
 Na koniec obchodzimy jeszcze mury dolnego zamku, skąd prowadzi brama w kierunku Spiskiego Podgrodzia, w stronę którego wycelowane są kopie czterech armat stojących na dziedzińcu. Niewątpliwie jednak gospodarzami dolnego zamku są susły, których dziesiątki uganiają się po zamkowym dziedzińcu, nic sobie nie robiąc z fotografujących je turystów.
Sympatyczne te zwierzątka mogłyby być zupełnie z powodzeniem maskotką Spiskiego Hradu. Po zastanowieniu dochodzimy do wniosku, że naszą również, a to z racji predyspozycji do długiego snu…

 Dochodzi siódma wieczór, czas niestety kierować się ku granicy. Jedziemy przez słynny, pieciokilometrowy tunel pod Braniskiem, który od tego sezonu jest już niestety płatny i wjeżdżamy do historycznego komitatu (województwa) Szarsz. To już prawie jak w domu. Mijamy Preszów, Kapušinski Hrad, i pędzimy w stronie Svidnika. Granice w Barwinku przekraczamy już o zmierzchu, po godzinie monotonnej już jazdy docieramy w końcu do domu.

 Cóż można dodać, słowem podsumowania? Sanok, miasto na samym końcu Rzeczpospolitej, tak naprawdę jest doskonałą bazą wypadową nie tylko w Bieszczady, ale i do kilku sąsiednich, a także pobliskich krajów. Najlepszym przykładem są właśnie Węgry, które już po maksymalnie 2 godzinach jazdy przez Słowację, staja przed nami otworem.
W zasięgu ręki mamy: wysokie góry, baseny termalne, wspaniałe pomniki kultury, różnorodną przyrodę i kulturę. Szkoda tylko, że tak słabo rozwinięta na tych kierunkach, jest nasza komunikacja publiczna, tak więc bez własnego auta ani rusz. Oprócz Słowacji i Węgier to w zasięgu ręki jest Ukraina i Rumunia – ale to już temat na oddzielna opowieść…



Paweł Wójcik

Ostatnia modyfikacja: 2007-04-12

Galeria zdjęć

 
...   [ 1 ]   [ 2 ]   ...
Skała nad wejściem do jaskini Baradla w Aggtelek nocą.
Skała nad wejściem do jaskini Baradla w Aggtelek
Labirynty Jaskini Baradla.
Fantastyczne nacieki skalne w Baradli.
Sala koncertowa w jaskini Baradla.
Sala koncertowa w jaskini Baradla.
Stalagnat
Zamek w Diosgyor pod Miszkolcem.
Dobszińska Jaskinia Lodowa.
Dobszińska Jaskinia Lodowa – jak we wnętrznościach wielkiej ryby…
Dobszińska Jaskinia Lodowa.
Dobszińska Jaskinia Lodowa.
Dobszińska Jaskinia Lodowa – tu niegdyś, reprezentacja narodowa Czechosłowacji, ćwiczyła latem jazdę figurową na łyżwach.
Dobszińska Jaskinia Lodowa.
Skały Doliny Hronu, koło Strateny.
Kościół w Vizsoly, pochodzący z XIII wieku.
Lewocza
Miszkolc-Topolca – baseny termalne w grotach skalnych – naturalne bicze wodne.
Miszkolc-Topolca – baseny termalne
Miszkolc-Topolca
Kopalnia odkrywkowa w Plesziwcu
Tokaj - pomnik Bachusa i Piwnica Rakoczych
Odkrywka – rezerwat tufu wulkanicznego w Vizsoly
Wywierzysko krasowe na Siwej Bradzie
34. Spiski Hrad na tle masywu Braniska. W dole po prawej stronie spiska Kapituła, po lewej kaplica na Siwej Bradzie
Spiskie Pogrodzie u stóp zamku.
Skały Doliny Hronu
Suseł na dziedzińcu Spiskiego Hradu.
Kościół w miejscowości Szalona z XI wieku
Vizsoly, tablica upamiętniająca wydrukowanie pierwszej Biblii w języku węgierskim
Odkrywka – rezerwat tufu wulkanicznego w Vizsoly
Miszkolc-Topolca – baseny termalne w labiryncie skalnych grot
Zamek w Boldogkő
Dostojna siedziba Batorych – zamek Fűzér
Sarospatak – zamek Rakoczych
Zamek w Boldogkő
Zbiór brzoskwiń w Boldokovaralja
 
...   [ 1 ]   [ 2 ]   ...

Copyright 2003 - 2006 © Podkarpacie.info